Pierwsza recenzja „Żywiołów”, zawstydzająco pochlebna

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Wszystko na opak: o czasach, w których kobiety (sprytnie, bo zza kurtyny) najpełniej rządziły światem, nawiedzony feminizm powiada, że mężczyźni patriarchalnie je wtedy najbardziej gnębili; i jeszcze: jakże często w poezji pisanej przez kobiety czuje się ten ich wysiłek, tę pasję, tę pracę mózgu i mięśni, żeby wiersze były męskie, za wszelką cenę. A nie można normalnie, naturalnie? Można. Ta książka jest tak kobieca, że trzeba się zastanowić, jak to w tym kontekście jest możliwe. Najpierw Grecja, Grecja, Rzym, Rzym, wraca nowe starożytne, a emocje są chwilami jak u najlepszego Kawafisa, tylko płeć inna. To na przykład w pięknej literackiej rzeźbie pt. „Safona”. Trudno powiedzieć, czy to jeszcze proza, czy już poezja, poetka sama się nad tym zastanawia. I przyznaje, że nie wie. O poetyckości nie decyduje w tym tomiku forma, znaczenie ma przede wszystkim klimat, niczym w „Klimatach” André Maurois, tyle że fraza Nasiłowskiej jest nieporównanie lepsza. Ani jednego zbędnego słowa, ani jednej podwójnej puenty, ani jednego przesłodzenia. Można śledzić analizy tajemnic kobiecości, a nie sztucznie klejone maski, z których dla psychologii (i tym samym zwykłego czytelnika) jak dotąd na ogół nic nie wynikało. Rozpiętość między pustym pięknem a głęboką urodą wypełnia się w tej książce tym, czego na co dzień nie potrafimy zrozumieć, a tym bardziej czego prawie nikt nie umie zwięźle definiować. Uderza odwaga autorki w podejmowaniu tematów boleśnie banalnych, z których wychodzi więcej niż obronną ręką. Chwilami odnoszę wrażenie, że cała ta książka została przez nią ułożona po to, żeby znaleźć pretekst do opublikowania czytelnego ale skomplikowanego utworu „Modelki”, który niczym walec przetacza się po naszych wyobrażeniach o płytkiej, celebrycko-popartowskiej kulturze dzisiejszych czasów. Prawda – jak się okazuje – nie jest ani prosta, ani banalna, ale musiało ją dostrzec bystre oko i podać sprawne pióro.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Reklamy

Kolejka

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie wcześnie – o 5.50 przed przychodnią, postanowiłam bowiem po raz pierwszy zobaczyć mojego lekarza rodzinnego. Ot, fantazja! Niestety, wymuszona okolicznościami. Przed zamkniętym drzwiami stało już kilkanaście osób, głównie starszych. Niektórzy o kulach. Tuż po mnie przybył emeryt o dwóch laskach i z braku innego miejsca umościł się na skrzyni na piasek. O 6.30 otworzono podwoje przychodni. Tłum był już gęsty, wlał się do holu i nie dla wszystkich starczyło miejsc siedzących. Ja byłam dość szybka, w końcu poruszam się bez laski. Atmosfera miła, bez nadmiernej rywalizacji. Pan na krzesełku z lewej wyciągnął książkę Rafała Ziemkiewicza. Pan po prawej – „Czas honoru”. Wszystko to są dawki placebo: marzenia o tym, żeby rozwalić „układ rządzący” lub pamięć o czynach heroicznych. O 7.00 kolejka sformowała zwarty szyk. Z pewnym trudem rozpoznałam emeryta w czapce, który mnie poprzedzał. Emeryt za mną (ten o dwóch laskach) życzliwie dzielił się ze mną swoimi doświadczeniami, na którym bazarku są tańsze warzywa. Trzeba tylko jechać 45 minut metrem!

Kto powiedział, że kolejki to PRL? W ten sposób już pod wieczór zdobyłam skierowanie do ortopedy. Niestety, w tej przychodni zapisy do lekarza tej specjalności wstrzymano. Najbliższe terminy były na początek stycznia – następnego roku…