Nagranie do Słuchania, Piwnica Artystyczna Kurylewiczów

Z powodu zaostrzenia reżimu sanitarnego spotkania z udziałem publiczności stały się niemożliwe. Wobec tego – nagranie z 19 października 2020, zrealizowane przy zachowaniu ostrożności, znalazło się w serwisie You Tube.

Tam – moje wiersze, fragment „Historii literatury polskiej”, wiersze Adama Mickiewicza w mojej interpretacji.

List pisarek

List PISAREK

My, polskie pisarki, zrzeszone w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich, uważamy, że mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek zabrać głos po wyroku Trybunału Konstytucyjnego.

Wybuch konfliktu i pojawienie się masowych protestów ulicznych jest wynikiem wieloletniego lekceważenia głosu kobiet w debacie publicznej.

Tylko kobieta, której sprawa ta bezpośrednio dotyczy, wspierana przez mężczyznę, który poczuwa się do ojcostwa, ma prawo decydować, co robić w sytuacji obciążenia płodu ciężkimi wadami. Powinna odpowiedzialnie rozważyć swoją sytuację życiową, ocenić szanse dziecka na godne życie i wziąć pod uwagę własne siły, także psychiczne. Niestety, często spotyka się z brakiem wsparcia ze strony mężczyzny, choć każde dziecko ma nie tylko matkę. W Polsce nakłada się na barki kobiet podwójny ciężar, odpowiedzialność za dom i odpowiedzialność za utrzymanie rodziny. Nie można od nikogo żądać heroizmu.

Szermuje się abstrakcyjnymi argumentami moralnymi. Upominamy się o argumenty racjonalne. Stan histerii, trwającej do lat trzydziestu, zaburzył procedury medyczne a lekarze często bardziej skłonni są chronić własne sumienia niż pacjentki. W Polsce kobieta z samoistnym poronieniem traktowana jest jako podejrzana o aborcję. Odmawia się młodym ludziom podstawowej edukacji, niezbędnej przed wejściem w wiek dojrzewania. Brak informacji o środkach antykoncepcyjnych i dostępu do nich. Powszechna, państwowa opieka medyczna nie umożliwia dostępu do badań. Młode kobiety boją się zachodzenia w ciążę, by nie stać się zakładniczkami abstrakcyjnych reguł, rzekomo motywowanych religią miłości.

Nie wszyscy wiedzą, ale my jako autorki się z tym spotykamy, że w Polsce już pojawiła się cenzura obyczajowa. Od kilku lat temat niechcianej ciąży znika z utworów dla młodzieży. Wydawcy się boją, choć literatura pomaga młodym ludziom przygotować się na sprawy, z którymi i tak zmierzą się w życiu dorosłym.

Dziękujemy wszystkim mężczyznom, którzy rozumieją te problemy i wspierają kobiety.

Dość hipokryzji! Chcemy miłości i wolności! To oznacza także wolność podejmowania decyzji we własnych sprawach.

Warszawa, 29.10.2020

Anna Nasiłowska, Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

Żaneta Nalewajk-Turecka, Przewodnicząca Komisji Kwalifikacyjnej SPP

Łucja Dudzińska, poetka, członkini Zarządu Głównego SPP

Małgorzata Karolina Piekarska, Przewodnicząca Oddziału Warszawskiego SPP

Małgorzata Strękowska -Zaremba, członkini Zarządu OW SPP

Manula Kalicka, członkini Zarządu Warszawskiego SPP

Anna Fryczkowska, pisarka

Marta Fox, pisarka

Sylwia Gibaszek, poetka

Krystyna Kofta, pisarka

Tamara Bołdak-Janowska, poetka

Krystyna Lenkowska, poetka, tłumaczka

Anna Janko, poetka, pisarka

Joanna Jagiełło, pisarka

Magdalena Niedźwiedzka, pisarka

Krystyna Rodowska, poetka, tłumaczka

oraz

Piotr Mitzner, poeta, eseista

Krzysztof Beśka, członek Zarządu Oddziału Warszawskiego SPP

Jarosław Mikołajewski, poeta, esiesta

Konflikt o prawa kobiet

Moje wpisy w z Facebooka z 28 i 29 października 2020, w trakcie manifestacji i protestów na ulicach w Polsce:

18 marca 1997 opublikowałam w „Gazecie Wyborczej” w dziale OPINIE tekst zatytułowany „Na co szkodzi konstytucja”. Pisałam w nim: „Czy będę miała jeszcze kiedyś dość odwagi, by decydować się na dziecko? Boję się ideologii: zrozumiałam ostatnio, że hasło „trzeba bronić życia” może obrócić się przeciwko mojemu życiu.” Co się stało? Miałam poronienie, zwracałam się o pomoc do wielu lekarzy, ale żaden nie chciał mi pomóc. Bronili swojego sumienia (sic!!!), podejrzewali więc, że KŁAMIĘ. Czułam się coraz gorzej, miałam niewielkie krwawienie, ale sporą gorączkę. Zbywano mnie. Moje życie przestało być ważne. Pomógł mi ginekolog przeprowadzający nielegalne aborcje, oczywiście nie darmo. Policzył promocyjną cenę… Czy coś się zmieniło od tego czasu? Jest jeszcze gorzej. Wiele osób po moim tekście było zbulwersowanych. Takie prywatne sprawy? A jednak państwo się w nie wtrąca! Dlatego: DOŚĆ! CIERPLIWOŚĆ SIĘ WYCZERPAŁA. Teraz protestują moje córki!

DALSZY CIĄG mojego ginekologicznego coming outu. Po samoistnym poronieniu na początku 1997 roku, opisanym w „GW”, zaszłam w ciążę, ale było źle. Wylądowałam w szpitalu Orłowskiego, gdzie szefem ginekologii był dr Romuald Dębski. 7 osobowa sala dla kobiet z różnymi podejrzeniami lub rozpoznaniami nieprawidłowego przebiegu ciąży. Intymności żadnej, ale wszystkie się wspomagałyśmy. Ja musiałam leżeć, bezwzględnie, bez możliwości pójścia do toalety. Przypadki były różne. codziennie odwiedzał nas kapelan, zapraszając na nabożeństwo. Ale jak tu iść, gdy trzeba leżeć? A więc tylko nas błogosławił. Kobieta w 4 miesiącu, z łóżka pod oknem, przechodziła badania, w trakcie których okazało się, że płód nie ma nerek. Potwierdzano to różnymi metodami, trwało, ale tylko potwierdzały pierwszą diagnozę. Kobieta młoda, zdrowa, zadbana. Jej mąż miał jedną nerkę, widocznie tak się genetycznie ułożyło. Tłumaczono jej, że tym razem tak się stało, ale wada jest rzadka i nie musi się powtórzyć. Doktor Dębski powiedział jej, że ma wybór, mogą wywołać przedwczesny poród i dziecko umrze, albo nosić ciążę jeszcze 5 miesięcy i urodzić, a dziecko też umrze. Bez nerek nie da się żyć. Na sali zapanowała groza. Każda z nas miała swój problem. Pojawił się mąż tej kobiety. Zdecydowali o zakończeniu ciąży. Przyszedł ksiądz i o dziwo powiedział: „Moje dziecko, bądź dzielna, to było nie do życia! Widocznie Bóg tak chce.” Następnego dnia dostała globulkę dopochwową na wywołanie skurczów. Męczyła się kilka godzin. Wróciła blada, cicha, przejęta. Chciała, żeby pokazano jej dziecko. „Ot, taki chłopczyna, biedaczek!” powiedziała. Ocierała łzy, choć starała się nie zaszkodzić nam swoim smutkiem. Na sali było szaro, nawet przestałyśmy gadać. Następnego dnia zakwalifikowano ją do wypisu. I wtedy odbyła się w ciągu dosłownie godziny przemiana szpitalnej, bladej istoty spod okna w KOBIETKĘ. Malowała się, czesała, poprawiała strój. Zaczęła inaczej się poruszać. Już nie szurała kapciami, nie snuła się, była fertyczna, prawie zalotna. Obcasik, rajstopy. Myślałam długo o tej przemianie. Gdyby ona zdecydowała się donosić ciążę do końca, mogłaby już się nie podnieść. Zostałaby zdruzgotana psychicznie, w wiecznej żałobie, pokryta kirem od stóp do głów. Widać wierzyła w siebie, w swoją siłę, w życie. Życie wymaga czasem od kobiet bycia KOBIETKAMI. Zalotnymi i beztroskimi. Nawet jeśli to maskarada. Mam nadzieję, że urodziła potem zdrowe dzieci.

A mój problem zakończył się źle, ciąża obumarła. Pomógł mi doktor Dębski Pod koniec 1998 roku urodziłam najmłodszą córkę. I ona teraz chodzi na manifestacje.

Co przeszkadza czuć się dobrze w Polsce?

CO PRZESZKADZA MI CZUĆ SIĘ DOBRZE W POLSCE?

Wiele rzeczy. Oto (niepełna) lista:

1. brak zaufania;

2. brak dbałości o środowisko lub wrogość wobec ekologii;

3. wzajemna bezinteresowna wrogość;

4. agresja;

5. biurokratyczne procedury, zmuszające do nieracjonalnych zachowań;

6. łamanie zasad;

7. brak dobrych manier i grzeczności na co dzień;

8. nie odpowiadanie na maile i listy;

9. zbyt szerokie wprowadzenie łącznej pisowni „nie” z imiesłowami;

10. psucie instytucji, których zbudowanie wymagało wielu lat;

11. wywyższanie się;

12. brak dbałości o dobro wspólne;

13. brak wzajemnej pomocy;

14. brak spontaniczności;

15. niedbanie o kulturę i niekulturalność;

16. kłamstwa;

17. manipulacje;

18. niezdolność do współpracy;

19. brak świadomości celów działania;

20. doraźność;

21. pogarda;

22. ignorancja;

23. dezynwoltura;

24. chamstwo;

25. prostactwo;

26. doktrynerstwo;

27. posługiwanie się religią w celach politycznych;

28. zaśmiecanie przestrzeni publicznej kiczem;

29. homofobia i brak tolerancji dla inności;

30. przemoc i jej tolerowanie;

31. bezmyślność;

32. nepotyzm;

33. kolesiostwo;

34. brak odpowiedzialności;

35. wszechobecność wulgaryzmów;

36. arogancja;

37. zawiść;

38. nienawiść;

39. buta;

40. bezczelność;

41. postrzeganie ludzi przez pryzmat pozycji społecznej i stanu zamożności;

42. szczucie;

43. wyzwiska;

44. triumf obskurantyzmu;

45. przewaga stróżów cudzej moralności nad ludźmi moralnymi;

46. nacjonalistyczne zadęcie;

46. skłonność do owczych pędów;

47. klerykalizacja życia publicznego;

48. roszczeniowość;

49. chciwość;

50. zachłanność,

51. lenistwo umysłowe;

52. niemuzykalność,

53. brzydota większości budynków;

54. fasadowość i puste gesty;

55. brak szacunku;

56. hipokryzja;

57. fikcja powszechnego systemu ochrony zdrowia;

58. absurdy edukacji podszytej indoktrynacją;

59. znęcanie się nad zwierzętami;

60. niedelikatność;

61. brak umiaru;

62. narzekanie i powszechna frustracja, będąca wynikiem tego, co powyżej.

Anna Nasiłowska, W środku lata

Anna Nasiłowska

IN THE MIDDLE OF SUMMER

transl. by Joanna Nasiłowska – Rek

In winter having once lacked

good shoes

you know

they have to be comfortable

not to slide

not to soak.

In February having once lived

in the attic

where the wind whistles

you appreciate

good windows

and warmth.

During my generation’s life

in my homeland

things have changed:

who didn’t gather winter supplies

will

go to the supermarket

and buy anything.

But it won’t be as good!

Oh, it cannot be compared!

– I am telling over the cooker

preparing marmalade

stirring sweet fruit pulp

with a lade.

Such an atavism

in the middle of summer

the breath of frost can be felt

as default.

Polish:

(oryginal version)

W ŚRODKU LATA

Kto kiedyś nie miał na zimę

dobrych butów

wie

że muszą być wygodne

nie śliskie

i nieprzemakalne.

Kto choć raz mieszkał w lutym

na poddaszu

gdzie hula wiatr

docenia

dobre okna

i ciepło.

Za życia mojego pokolenia

w moim kraju

zmieniło się:

kto nie zrobił zapasów na zimę

ten

pojedzie do supermarketu

i kupi sobie wszystko.

Ale nie takie!

O, nie ma porównania!

– odpowiadam znad garnka

smażąc powidła

mieszając chochlą

słodki owocowy miąższ.

Taki atawizm

w środku lata

czuć

domyślny oddech mrozu.

Lithuanian version– translated by Herkus Kunčius

Vasaros viduryje
(pažodinis, labai netikslus)

Jei kas žiemą
Neturėjo
Patogių batų
Žinojo –
Turi būti
Patogūs
Slidūs
Ir neperšlampami

Jei nors
Kartą gyveno
Vasaryje
Pastogėje
Po lietumi
Vertina gerus langus
Ir šilumą

Mano kartos gyvenime
Šioje šalyje
Pasikeitė tai,
Jog neapsirūpinę žiemai
Nuvyks į parduotuvę
Ir prisipirks
Ko reikia

Bet ne tai
Ko norėtų
Ne, padažų, medaus, šokolado
Prieskonių
Bet patiriant
Persmelkiantį
Suvokimą
Šalčio.

Wiersz opublikowany w międzynarodowej antologii poetyckiej Winter is coming, Verlag Expeditionen. Hamburg 2020

Teatr Minimalny – archiwum

Całość mojego projektu dostępna jest na stronie Facebook:

https://www.facebook.com/Teatr-Minimalny-Anna-Nasi%C5%82owska/

czyli: Teatr Minimalny – Anna Nasiłowska

W realu jeden z pomysłów był pokazywany jako instalacja w Nowym Świecie Muzyki w witrynie od ul. Świętokrzyskiej (róg Nowego Światu), od 5.05 do 15.05.2020;

mówiono o nim w audycji Aldony Wołk- Łaniewskiej, 11.05 w Programie 2 Polskiego Radia w audycji poświęconej projektom artystycznym podczas kwarantanny.

Teatr Minimalny

Akcja nazwana Teatrem Minimalnym narodziła się spontanicznie w trakcie przymusowej izolacji spowodowanej epidemią koronawirusa, która niespodziewanie wybuchła w 2020 roku. Najpierw, w lutym 2020, przebiegając przez miejsce zwane w Warszawiepatelnią”, czyli przejście między stacją metra Centrum a liniami tramwajowymi przy skrzyżowaniu Marszałkowska/ Aleje Jerozolimskie, spiesząc się do szpitala, prawie potknęłam się o leżącą obok kosza na śmieci siatkę, z której wystawały trzy drewniane atrapy damskich dłoni. Prezentowały się absurdalnie.

O, świetny rekwizyt fotograficzny! – pomyślałam i rozejrzałam się, czy ktoś ich nie szuka. Wyglądały na zbędne i wyrzucone. Kto wie, co działo się z nimi wcześniej i skąd się wzięły na patelni! Tak pojawił się prawdziwy, surrealistycznyobjet trouvé„, trzy ręce. Były bardzo przemoknięte i podrapane, jedna lekko pęknięta, ale wystarczyło je w domu wysuszyć i nasmarować woskiem, by odzyskały blask. Planowałam, że użyję ich do zdjęć na stronie Facebookateksty drugie” , którą obsługuję.

5 marca w szpitalu zmarła moja Mama, a 13 marca ogłoszono pierwsze poważne restrykcje, związane z epidemią. Jak większość – zostałam w domu. Pracując zdalnie, wybierałam dla siebie dość proste zadania: czytanie, uzupełnianie danych, porządki. Wyraźnie czułam, że nie powinnam od siebie wiele wymagać. Wciąż byłam jakby pogrążona we śnie, choć nie był to koszmarpo prostu trwałam w stanie oszołomienia, ogłuszenia, w gęstej wacie.

W pierwszym okresie po wprowadzeniu przymusowej izolacji na Facebooku, który stał się naszym oknem na świat, znajomi dzielili się głównie swoimi zdjęciami z dzieciństwa i fajnymi obrazkami psów i kotów. To było urocze, ale pozostawiało niedosyt. 25 marca pomyślałam, że warto na moim prywatnym profilu zaproponować coś twórczego, oryginalnego i związanego ze szczególnym czasem pandemii.

I tak narodził się Teatr Minimalny, w którym zamiast aktorówwystępowały drewniane ręce, a rolę sceny pełniły sztuka płótna lnianego i kuchenna stolnica, położona na balkonie. Rekwizytyto wyłącznie przedmioty domowe, jak tasak, ż, worek, biżuteria, monety, walizka, klocki a także sadzonki roślin, pomidorów i cukinii, które w kwietniu zaczęłam hodować na balkonie, aby w maju przenieść je na działkę.

Ta akcja artystyczna w oczywisty sposób nawiązuje do mojej indywidualnej wystawy fotograficznejSymbole/ Urojone znaczenia„, która miała miejsce w roku 2013 w Domu Kultury Śródmieście przy ul. Smolnej. Tam też posługiwałam się przedmiotami i dokonywałam inscenizacji, używałam jednak światła sztucznego i chodziło o trochę inne efekty. Teatr Minimalny ma własny charakter: od początku został stworzony do prezentacji na Facebooku. Teatr działał od 25 marca od 30 kwietnia, w tym czasie codziennie zamieszczałam jeden post oznaczony hasztagiem #teatrminimalny.

Zasady są proste, chodziło o krótką scenkę, którą można ująć w trzech, maksymalnie czterech kadrach, opatrzonych tytułem. Akcja z założenia miała być artystyczna, nie polityczna. Czasem nawiązywała do realiów pandemii, pojawiły się na przykład maseczki na twarz i wypalanie wirusa żelazkiem, a także mycie rąk; w okresie Wielkanocy na fotografiach były widoczne jajka wielkanocne i rzeżucha. Chodziło o zabawę, lekko ironiczny stosunek do rzeczywistości i przywołanie żnych motywów kulturowych przy pomocy skromnych środków wizualnych. Ujęcia są powtarzalne, obrazy noszą dość ascetyczny rys, panuje uboga, ale wysmakowana estetyka. Kadrszeroki, bo tak lubię, kolorystykaciepła. Wszytko inne to gra wyobraźni, żonglowanie konwencjami i nieco przewrotne poczucie humoru, które akceptuje także okrucieństwo; skoro jest ono umowne, należy do tradycji teatru grozy udawanej.

Zdjęcia nawiązują do fotografii studyjnej, ale nie zostały zrobione w studio, wszystkie powstały w warunkach domowych, w naturalnym świetle, przeważnie porannym, przeważnie na balkonie. Razz okazji WielkanocyTeatr Minimalny na chwilę przeniósł się do ogrodu. Sprzęttaki jaki mam, SONY Cybershot, całkiem dobramałpkadla turystów. Fotografie nie były w żaden sposób modyfikowane komputerowo, świadomie pozostawiałam też pewneniedoróbki” (gdy np spoza tła coś się wyłania); w moim przekonaniu podkreśla to umowność akcji, konceptualny charakter zabawy.

Uważam, że akcja #teatrminimalny wydobyła potencjał Facebooka jako medium, które nie musi być – jak niektórzy podejrzewają – miejscem uprawiania banalnej autokreacji, może umożliwiać kreację artystyczną, pokazuje takżeniemal natychmiastoworeakcję odbiorców i przez to Facebook jest bardzo społeczny. Mój profil na Facebooku wykorzystuję zwykle dość żnorodnie, dzielę się emocjami i informacjami, nierzadko komentuję też aktualne wydarzenia; czasami prezentuję moje prace fotograficzne, na przykład w 2017 roku, po powrocie z Brazylii, pokazywałam cykl wschodów słońca z plaży nad Atlantykiem ze względu na ich estetyczny walor.

Akcja Teatr Minimalny miała pokazać – i chyba pokazała – że czas przymusowej izolacji nie musi być stracony. Mój prywatny bilans tego okresu jest (nieoczekiwanie!) dość bogaty. Teatr Minimalny wyraził niepokój czasu pandemii, pokazał zarazem akceptację ograniczeń, jak i bunt przeciwko nim, potrzebę przekory, możliwość szybkiej zamiany niepokoju w żart, a żartuw niepokój. Wszystko jest wciąż płynne, trwamy w niepewności. A ja nie do końca wyszłam z oszołomienia, więc umowne i wieloznaczne obrazy pozwoliły mi wyrazić się lepiej niż poprzez racjonalne stwierdzenia i orzeczenia.

Pozostało całkiem spore archiwum projektu, które będę przechowywać. Zajmowanie się moimnajmniejszym teatrzykiem na świecieprzyniosło mi wiele zadowolenia. Czułam się zaszczycona, że mam sporą publiczność, która spontanicznie reaguje. To było jak w prawdziwym teatrze!

A teraz muszę brać się do pracy

Krystyna Nasiłowska (12.10.1933 – 5.03.2020)

Maria Krystyna Skierkowska urodziła się w Rawie Mazowieckiej, w rodzinie o tradycjach ogrodniczych i niepodległościowych. Gdy miała 6 lat, wybuchła II wojna światowa. Z perspektywy dziecka wojna wyglądała inaczej niż z punktu widzenia dorosłych. W jej wspomnieniach pojawiały się migawki zdarzeń: ucieczka w 1939 roku i powrót do ogołoconego domu. Stacjonowanie Niemców, którzy zajęli największy pokój. Wypędzenie Żydów, mieszkających przy tej samej ulicy i ucieczka dwóch dziewczyn, z których jedna ukrywała się na strychu. Konspiracyjne zebrania w stodole, w których uczestniczył ojciec. Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, podczas której bomba spadła na dom i poważnie raniła jej matkę. Wspólnym mianownikiem tych zapamiętanych okruchów zdarzeń był lęk.

Także po wojnie było się czego bać. Mimo świetnie zdanego egzaminu na weterynarię – nie przyjęto jej na studia z powodu negatywnej opinii Związku Młodzieży Polskiej. W 1951 roku decydowało niewłaściwe pochodzenie, wcześniejsza przynależność do harcerstwa. Wyjechała wtedy do Warszawy, zatrudniła się w księgowości Instytutu Elektrotechniki i wkrótce poślubiła zdolnego inżyniera Jana Nasiłowskiego. Z nową opinią z pracy, pod nowym nazwiskiem i po interwencji została przyjęta na zootechnikę, którą ukończyła w 1958 roku, niedługo po urodzeniu córki Anny.

Początki pracy zawodowej Krystyny Nasiłowskiej nie były łatwe, ale dla niejnie było przeszkód nie do pokonania. Do pierwszego miejsca pracy w Kuflewie dojeżdżała z Warszawy pociągiem, przesiadała się na PKS a potem jeszcze ostatnich 5 km pokonywała rowerem. Była nauczycielką w szkołach rolniczych, potem uczyła w Cegłowie za Mińskiem Mazowieckim, a następnie w Pszczelinie koło Brwinowa. Mimo ukończonej zootechniki prowadziła zajęcia z uprawy roślin. Zrobiła prawo jazdy na ciągnik, żeby prowadzić praktyki. Jej prawdziwą pasją było wychowawstwo, czyli pomoc młodym ludziom w kształtowaniu charakterów i wyborze własnej drogi zawodowej. Porzuciła Pszczelin, podejmując samodzielne wyzwanie: została dyrektorką bursy dla uczącej się w szkołach zawodowych młodzieży przy ul. Wiślanej w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę Krystyna Nasiłowska zaangażowała się w pomoc córce, Annie, opiekowała się trzema wnuczkami, Dorotą, Dominiką i Joanną. Jej pasją stały się działki i zwierzęta, zwłaszcza koty. Córce powiedziała, że nie ma większego szczęścia niż patrzenie na to, jak rosną rośliny, które sama posiała i pielęgnowała. Wnuczce Dominice mówiła, że najfajniejsze w jej życiu było kierowanie traktorem. Wszyscy wiedzieliśmy, jak wiele radości czerpała z opieki nad kotami.

Była prekursorką ekologii, sama skrupulatnie przetwarzała resztki i wymagała tego od swoich bliskich. Według niej najlepiej byłoby nie kupować żywności, ale wytwarzać ją samodzielnie na własne potrzeby. Do końca samodzielna, aktywna; wydawała się niezłomna. Nie wyobrażała sobie zależności od innych. W źnym wieku zdecydowała się na operacje obu bioder, żeby móc pracować na działce. Trzecie piętro, na którym mieszkała, nie stanowiło dla niej problemu.

Jej stan pogorszył się w wyniku zuchwałej kradzieży, do jakiej doszło w jej mieszkaniu. To było wielkie upokorzenie, tym bardziej, że osoby, które ją okradły, początkowo deklarowały dobre intencje. Krystyna Nasiłowska podkreślała, że jej matka uczyła ją, że zawsze trzeba udzielać pomocy, to nasz chrześcijański obowiązek i zobowiązanie ludzi wykształconych, czyli bardziej świadomych. Kilka dni po tym zajściu córka znalazła ją nieprzytomną. Mimo troskliwej opieki w szpitalu zmarła, nie odzyskawszy świadomości.

Żegnamy Ją, dziękując za wszystko.

Anna Nasiłowska

Mama – wspomnienie

Krystyna Nasiłowska (12.10.19335.03.2020)

Krystyna Skierkowska urodziła się w Rawie Mazowieckiej, w rodzinie o tradycjach ogrodniczych i niepodległościowych. Gdy miała 6 lat, wybuchła II wojna światowa. Z perspektywy dziecka wojna wyglądała inaczej niż z punktu widzenia dorosłych. W jej wspomnieniach pojawiały się migawki zdarzeń: ucieczka w 1939 roku i powrót do ogołoconego domu. Stacjonowanie Niemców, którzy zajęli największy pokój. Wypędzenie Żydów, mieszkających przy tej samej ulicy i ucieczka dwóch dziewczyn, z których jedna ukrywała się na strychu. Konspiracyjne zebrania w stodole, w których uczestniczył ojciec. Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, podczas której bomba spadła na dom i poważnie raniła jej matkę. Wspólnym mianownikiem tych zapamiętanych okruchów zdarzeń był lęk.

Także po wojnie było się czego bać. Mimo świetnie zdanego egzaminu na weterynarię – nie przyjęto jej na studia z powodu negatywnej opinii Związku Młodzieży Polskiej. W 1951 roku decydowało niewłaściwe pochodzenie, wcześniejsza przynależność do harcerstwa. Wyjechała wtedy do Warszawy, zatrudniła się w księgowości Instytutu Elektrotechniki i wkrótce poślubiła zdolnego inżyniera Jana Nasiłowskiego. Z nową opinią z pracy, pod nowym nazwiskiem i po interwencji została przyjęta na zootechnikę, którą ukończyła w 1958 roku, niedługo po urodzeniu córki Anny.

Początki pracy zawodowej Krystyny Nasiłowskiej nie były łatwe, ale dla niejnie było przeszkód nie do pokonania. Do pierwszego miejsca pracy w Kuflewie dojeżdżała z Warszawy pociągiem, przesiadała się na PKS a potem jeszcze ostatnich 5 km pokonywała rowerem. Była nauczycielką w szkołach rolniczych, potem uczyła w Cegłowie za Mińskiem Mazowieckim, a następnie w Pszczelinie koło Brwinowa. Mimo ukończonej zootechniki prowadziła zajęcia z uprawy roślin. Zrobiła prawo jazdy na ciągnik, żeby prowadzić praktyki. Jej prawdziwą pasją było wychowawstwo, czyli pomoc młodym ludziom w kształtowaniu charakterów i wyborze własnej drogi zawodowej. Porzuciła Pszczelin, podejmując samodzielne wyzwanie: została dyrektorką bursy dla uczącej się w szkołach zawodowych młodzieży przy ul. Wiślanej w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę Krystyna Nasiłowska zaangażowała się w pomoc córce, Annie, opiekowała się trzema wnuczkami, Dorotą, Dominiką i Joanną. Jej pasją stały się działki i zwierzęta, zwłaszcza koty. Córce powiedziała, że nie ma większego szczęścia niż patrzenie na to, jak rosną rośliny, które sama posiała i pielęgnowała. Wnuczce Dominice mówiła, że najfajniejsze w jej życiu było kierowanie traktorem. Wszyscy wiedzieliśmy, jak wiele radości czerpała z opieki nad kotami.

Była prekursorką ekologii, sama skrupulatnie przetwarzała resztki i wymagała tego od swoich bliskich. Według niej najlepiej byłoby nie kupować żywności, ale wytwarzać ją samodzielnie na własne potrzeby. Do końca samodzielna, aktywna; wydawała się niezłomna. Nie wyobrażała sobie zależności od innych. W źnym wieku zdecydowała się na operacje obu bioder, żeby móc pracować na działce. Trzecie piętro, na którym mieszkała, nie stanowiło dla niej problemu.

Jej stan pogorszył się w wyniku zuchwałej kradzieży, do jakiej doszło w jej mieszkaniu. To było wielkie upokorzenie, tym bardziej, że osoby, które ją okradły, początkowo deklarowały dobre intencje. Krystyna Nasiłowska podkreślała, że jej matka uczyła ją, że zawsze trzeba udzielać pomocy, to nasz chrześcijański obowiązek i zobowiązanie ludzi wykształconych, czyli bardziej świadomych. Kilka dni po tym zajściu córka znalazła ją nieprzytomną. Mimo troskliwej opieki w szpitalu zmarła, nie odzyskawszy świadomości.

Żegnamy Ją, dziękując za wszystko.

Anna Nasiłowska

Spotkanie w Polskim PEN – Klubie, 21.11, g. 18

Serdecznie zapraszam na spotkania wokół „Historii literatury polskiej”, opublikowanej przez Wydawnictwo IBL PAN we wrześniu 2019 roku:

20.11.2019 roku w Pałacu Staszica w Warszawie, sala 132, godz. 12.30: dyskusja z Pracownią Poetyki Historycznej i Pracownią Teorii Literatury;

21.11.2019 w Domu Literatury w Warszawie, salonik PEN – Klubu, II piętro, spotkanie poprowadzi Prezes Adam Pomorski.

Oba spotkania mają charakter otwartych dyskusji wokół książki.