Archiwa tagu: anna nasiłowska

Dyskont slow -uzupelnienia

 

outsourcing – w Anglii temat outsourcingu, pojawiający się w polskim reportażu (który pobieżnie streszczam moim znajomym), wywołuje zdziwienie.

– Więc u was to dotyczy sprzątaczek? – pyta Patrick. – Waszych?

-Tak, sprzątaczki, pielęgniarki, ochroniarze – wyjaśniam. Firma nie zatrudnia pracowników, ale podpisuje umowę z inną firmą, która nie ma pracowników, wszystkim daje czasowe umowy, płaci za pracę jak chce i kiedy chce, poza tym pracujący nie mogą korzystać z ochrony w razie choroby a o urlopach lepiej, żeby zapomnieli, bo i tak ich nie będzie stać.

Patrick z niedowierzaniem kręci głową.

– U nas w Anglii outsourcing znaczy, że jakieś usługi wykonywane są za granicą, najczęściej w innej strefie czasowej. Na przykład infolinia banku jest obsługiwana w Indiach…

Nie będę się z nim kłócić, w końcu jest doświadczonym emerytem i na dodatek byłym wydawcą czyli specjalistą od słów.

– O tak! to mogą być na przykład ubezpieczenia – dodaje jego żona – Ja to miałam! Dzwonię, słyszę głos, o, jaki akcent, po prostu niewyobrażalny, i co ten głos mówi: witamy serdecznie missis, mamy dla niej świeżą polisę na życie…

-O, z Indii nie widać, z kim się rozmawia … – próbuję wyjaśniać.

– To nie jest usprawiedliwienie!

Straszne zamieszanie z tym outsourcingiem. Trudno się przebić z polskim tematem, skierować uwagę rozmówców na biednych pracujących w Polsce dla szacownych instytucji, ale nie mających szans na zatrudnienie w nich.

Wszelka dyskusja nie ma sensu, bo przecież nie można Anglików uczyć angielskiego. Pozostają przy problemie złego akcentu i ekstrawaganckiego użycia słowa missis czyli nietaktu, jaki się trafił pracownikowi infolinii w Indiach czy Bangladeszu.

Nasza rozmowa świadczy o tym, że polgielski jest specjalnym narzeczem i znajomość zwykłego angielskiego do zrozumienia polskiej wersji jest warunkiem niewystarczającym.

 

Pierwsza recenzja „Żywiołów”, zawstydzająco pochlebna

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Wszystko na opak: o czasach, w których kobiety (sprytnie, bo zza kurtyny) najpełniej rządziły światem, nawiedzony feminizm powiada, że mężczyźni patriarchalnie je wtedy najbardziej gnębili; i jeszcze: jakże często w poezji pisanej przez kobiety czuje się ten ich wysiłek, tę pasję, tę pracę mózgu i mięśni, żeby wiersze były męskie, za wszelką cenę. A nie można normalnie, naturalnie? Można. Ta książka jest tak kobieca, że trzeba się zastanowić, jak to w tym kontekście jest możliwe. Najpierw Grecja, Grecja, Rzym, Rzym, wraca nowe starożytne, a emocje są chwilami jak u najlepszego Kawafisa, tylko płeć inna. To na przykład w pięknej literackiej rzeźbie pt. „Safona”. Trudno powiedzieć, czy to jeszcze proza, czy już poezja, poetka sama się nad tym zastanawia. I przyznaje, że nie wie. O poetyckości nie decyduje w tym tomiku forma, znaczenie ma przede wszystkim klimat, niczym w „Klimatach” André Maurois, tyle że fraza Nasiłowskiej jest nieporównanie lepsza. Ani jednego zbędnego słowa, ani jednej podwójnej puenty, ani jednego przesłodzenia. Można śledzić analizy tajemnic kobiecości, a nie sztucznie klejone maski, z których dla psychologii (i tym samym zwykłego czytelnika) jak dotąd na ogół nic nie wynikało. Rozpiętość między pustym pięknem a głęboką urodą wypełnia się w tej książce tym, czego na co dzień nie potrafimy zrozumieć, a tym bardziej czego prawie nikt nie umie zwięźle definiować. Uderza odwaga autorki w podejmowaniu tematów boleśnie banalnych, z których wychodzi więcej niż obronną ręką. Chwilami odnoszę wrażenie, że cała ta książka została przez nią ułożona po to, żeby znaleźć pretekst do opublikowania czytelnego ale skomplikowanego utworu „Modelki”, który niczym walec przetacza się po naszych wyobrażeniach o płytkiej, celebrycko-popartowskiej kulturze dzisiejszych czasów. Prawda – jak się okazuje – nie jest ani prosta, ani banalna, ale musiało ją dostrzec bystre oko i podać sprawne pióro.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Anna nasiłowska, Żywioły, wydawca: Staromiejski Dom Kultury, maj 2014

Co się stało, że postanowiłam opublikować zbiór wierszy? Po prostu trochę się ich zebrało w ciągu ostatnich lat. W większości publikowane były w żnych pismach literackich, niektóre doczekały się przekładów na żne języki, co wiąże się z moimi podróżami. Tłumaczenie poezji wymaga dobrego ucha, ale i tak zawsze okazuje się, że najłatwiej jest przełożyć wiersz. Potem można go użyć: przeczytać na spotkaniu, opublikować. Nie zajmuje dużo miejsca ani czasu, nie wymaga wstępów, zwykle dobrze znosi zmianę.

Opublikowałam tomik, bo przestałam się przejmować. Krąży mnóstwo zaleceń, czego prawdziwy poeta powinien się wystrzegać. Publicystyki, komentowania, retoryki, opowiadania, stylu wysokiego. Wszystko torobię, choć jako krytyk dobrze znam te poglądy. Gdyby wziąć serio tego rodzaju ograniczenia, wychodzi na to, że poezję najlepiej robić z niczego. To jest wyzwanie! Niektórzy to potrafią i nawet są w tym dobrzy. Jest jednak pewien koszt wierności ograniczeniom estetycznym. Enigmatyczność. Poezja przez ostatnie sto lat skupiła się na języku, porzuciła narracyjność, dawne gatunki epickie umarły; jej pole stało się wąskie, choć zasilane i uprawiane było niezwykle fachowo.

Za późno, żebym usiłowała wymyślić nowy styl, dokonać rewolucji artystycznej, i nawet na to bym zaczęła myśleć o sobie przede wszystkim jako o poetce też jest za późno. Jestem prozaiczką i autorką biografiito są moje role artystyczne. Poza tym jest jeszcze zawód profesora literatury, który uprawiam. Poezja jest trochę od święta. Moja dykcja jest dość staroświecka, czyli klarowna. Czasami mam coś do powiedzenia, co wymaga użycia poezji. Nie domaga się tego moje “ja”, ale coś, co pojawia się z zewnątrz, ze świata jako niewyjaśnione, poruszające czy niezwykłe.

Cykl próz greckich wiąże się z moimi podróżami na wyspę Lesbos. Podarowano mi dość niezwykłe doświadczenie, byłam tam nie jako turystka, mogłam poczuć atmosferę, zobaczyć niezwykłe miejsca. Pejzaż w okolicach małej miejscowości Skala Kalonis to chyba najpiękniejsze miejsce na świecie, jakie widziałam. Z portu i plaży widać ogromną, płytką zatokę, zamkniętą cieśniną między dwoma wzgórzami. Gdy byłam po raz pierwszy, powietrze w cieśninie drżało. Wydawało mi się, że widzę ziemię świeżo stworzoną, taką jaka wyszła spod kosmicznej ręki.

“Modelki” powstały obok projektu fotograficznego mojego męża. Jak dotąd nie udało nam się  zaprezentować nigdzie całości złożonej ze zdjęć i tekstu, ale sam tekst się broni. Równie dobrze mógłby stać się słuchowiskiem radiowym, lub materiałem do przedstawienia.

To bardzo dziwne wrażenie, gdy robi się coś po raz pierwszy. To jest mój pierwszy tom, choć wracam w ten sposób do początków mojego pisania.

Położne

-1Oksiążce Sylwii Szwed, Mundre, Wydawnictwo Czarne, 2014

 

Kiedy w 1983 roku rodziłam swoją pierwszą córkę do kobiety, która była przytwierdzona pasami do łożaboleści na saliporodowej po mojej prawej stronie, położne krzyczały: “Ty krowo! (bo krowa ryczy). Do kobiety po lewej: “Ty świnio! (bo się spasła). Ja ze strachu byłam cicho, co okazało się  złą taktyką, bo nikt się mną nie zajął. Tak wtedy wyglądały polskie szpitale. Pełne odcięcie od rodziny, dziecko na osobnejsali. Ale już wtedy po korytarzu krzątała się niesamowita osoba, która usiłowała pomóc w rozpoczęciu karmienia piersią. Oficjalnieledwie ją tolerowano, ale to była pierwsza jaskółka zmian. Wspominam ją z wdzięcznością dotej pory.

W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła rewolucja w podejściu do rodzących. Nowe metody, porody rodzinne i domowe, możliwość poruszania się i wyboru pozycji, dziecko razem z matką, nastawienie na pomoc (a nie przemoc). Przez pewien czas wydawało się, że ta zmiana jest jednym z niewątpliwych, wymiernych efektów demokracji. Można było zobaczyć w porodzie kluczowy moment egzystencji. Rola położnej zmieniła się: to nie wykonawczyni odgórnych instrukcji, ale doświadczona przewodniczka, która wie, że potrzebna jest współpraca z rodzącą. Ba! W grę wchodzą nawet uczucia, bo pozwalają pozbyć się lęku, który blokuje otwarcie.

Jesteśmy w tej chwili w dziwnym momencie. Z jednej strony: poszukiwania poziomu reakcji instynktownych i nurt ekologiczny. Z drugiej: coraz większa medykalizacja porodu, rosnąca liczba cesarskich cięć. To, co mają do powiedzenia położne, pozwala wśród sprzeczności zaprowadzić pewien ład. Nie bez przyczyny w różnych kulturach tradycyjnych przypisywano kobietom pomagającym przy porodzie mądrość, a nawet dostęp do ciemnych sił magii. One stoją u początku życia, widzą splot bólu i nadziei.

Anna Nasiłowska, pisarka, autorka“Traktatu o narodzinach” i “Księgi początku”

 

„Żywioły. Wiersze i prozy poetyckie” – wkrótce

Ostanie prace przygotowawcze: okładka, korekta, przymiarki. Jak ładniej?
Jak lepiej? Tomik będzie w kwietniu, wydawcą jest Staromiejski Dom Kultury w Warszawie. Pomijając debiut prasowy z 1977 roku w „Nowym Wyrazie” – będzie to mój debiut poetycki.
A więc jest jeszcze coś, co może zdarzyć się pierwszy raz. Jeszcze nie wszystko zostało spróbowane, ujawnione.
Jeszcze jest wiele dziedzin, na których mogę być debiutantką.
ekscytujące poczucie!

Przedmowa do wydania bułgarskiego „Czteroletniej filozofki”

Od autorki, przedmowa do wydania bułgarskiego książki “Czteroletnia filozofka”

Każdy z nas był dzieckiem. Niektórzy lubią siebie wylącznie w swojej dorosłej postaci. Z trudem mieści im się w głowie, że zawsze tak było. Jest takie polskie powiedzenie: „zjadł wszystkie rozumy”. Dorosłemu łatwo jest wierzyć we własną mądrość, ma za sobą autorytet książek, które przeczytał i przetrawił oraz świadectwa szkół, które ukończył. Wszystko, co sobie przyswoił i czego doświadczył, tworzyło go i to jest nim, jego pamięcią, psychiką. Człowiek dorosły wierzy też w naukę, choć z drugiej strony wie, jak wiele jest teorii jest sprzecznych ze sobą. Podstawowe pytania nie doczekały się zadowalającej odpowiedzi. Nie wiemy, co jest wrodzone, a co nabyte, w jakim stopniu kategorie, w których ujmujemy świat, zostają wdrukowane w nasz umysł wraz z przyswojeniem sobie konkretnego języka i kultury. Nie spodziewamy się też, który z powszechnie obowiązujących w tej chwili poglądów w ciągu najbliższych lat zostanie odrzucony jako fałszywy; gdybyśmy potrafili to przewidzieć, być może sami byśmy się go czym prędzej wyrzekli, choć kto wie, jak dotkliwy byłby stan dysonansu poznawczego, w jaki by to nas wtrąciło.
Dziecko, które niewiele jeszcze uszczknęło z wielkiej księgi, dziwi się światu przez cały czas. Bawi się, cieszy i wpada w przerażenie, odkrywając paradoksy. Cztery lata to wiek nieomal genialny. Jakiego wysiłku, jakiej chłonności umysłu trzeba, by opanować język? Jednocześnie trzeba jako tako uporządkować sobie świat, który wydaje się zagadkowy i nieprzewidywalny. Czterolatek przypomina poetę, jest tak samo twórczy, zdolny do śmiałych metafor i wymyślania własnych koncepcji. Nie posługuje się językiem zastanym, pełnym utartych formuł, bo jeszcze ich nie zna. Poeci o tym wiedzą, zazdroszczą dzieciom. Mój kolega, poeta Tomasz Jastrun, syn dwojga poetów, jako dziecko, pytał: dlaczego jabłko ma tylko głowę? Zapisał to jego ojciec, poeta. Po latach Tomasz napisał, że mimo wielu prób w całym dorosłym życiu nie udało mu się wymyślić tak odkrywczego i tak krótkiego wiersza.
Wielki polski pedagog Janusz Korczak uważał, że najlepiej byłoby uczyć się języków obcych u czterolatków. W czasie wojny rosyjsko- japońskiej jako lekarz wojskowy przebywał w Mandzurii. W pisanym w 1942 roku warszawskim getcie Pamiętniku, którego zapisy urywają się na kilka dni przez wywiezieniem Korczaka wraz z dziećmi z żydowskiego sierocińca do obozu zagłady, tak wspominał swoje lekcje chińskiego:
„Biedna moja czteroletnia Iuo-Ja z czaasów wojny japońskiej. Dałem jej dedykację swoją w polskim języku.
Cierpliwie uczyła niezdolnego ucznia po chińsku.
Owszem, niech będą instytuty języków wschodnich. Owszem, profesorowie i wykłady.
Ale każdy musi rok spędzić w takiej wschodniej wiosce i przejść kusrs wstępny u czterolatka.
Po niemiecku uczyła mnie mówić Erna – już Walter i Frieda byli za starzy, już gramatyczni, książkowi, podręcznikowi, szkolni.”
Uczyć się u czterolatka? Niektórzy powiedzą, że to szaleństwo i odwrócenie naturalnej hierarchii. Dziecko ma się uczyć od dorosłego, nigdy odwrotnie. Korczak uważał, że dziecko trzeba traktować jak partnera.
Trudno zaprzeczyć, że czterolatek, który niedawno przyswoił sobie struktury językowe, wie, co jest trudne, i jak to zapamiętać. Ma świeże wyczucie logiki systemu konkretnego języka i zna jego potencjał, łącznie z niezrealizowanymi możliwościami. Zadając pytania i słuchając odpowiedzi, wyczuwa też słabe punkty dorosłej wiedzy o świecie lepiej niż niejeden filozof. Jeszcze się nie przyzwyczaił, nie został urobiony przez gotową wiedzę, stereotypy i przekonanie, że skoro inni tak sądzą, nie warto samodzielnie myśleć.
Książka Czteroletnia filozofka powstawała w 2003 roku, gdy moja najmłodsza córka Joanna miała cztery lata. Ponieważ w przedszkolu, do którego poszła, spotkała się z agresją przekraczającą jej wytrzymałość i możliwości reagowania, spędzałyśmy sporo czasu razem. Przygotowywałam się w tym czasie do pisania biografii pary filozofów Jean- Paul Sartre’ a i Simone de Beauvoir. Ze zdumieniem odkryłam, że wiele pytań, z jakimi zmaga się moja mała córka, ma w istocie sens filozoficzny. Jej problemy oscylują wokół przewidywalności bądź nieprzewidywalności zdarzeń, związku nazwy językowej z desygnatem oraz imienia z osobą, liniowej lub cyklicznej natury czasu, poznawalności bądź niepoznawalności reguł, śmierci, istnienia przed narodzinami i niepowtarzalności jednostkowej egzystencji. W jej głowie odzywają się też echa mitycznych opowieści z wielu kultur. Niemały bagaż pytań!
Starałam się zapisać to tak, jak było formułowane, nie dodając komentarza, który mógłby zniekształcić i zaburzyć obraz. Oczywiście, pewne sformułowania i scenki są śmieszne. Znakomicie! Śmiech jest dobrą reakcją, dowodzi spontanicznego odkrycia czegoś nieprzewidzianego. To świadczy, że i dorosły umysł zachwał giętkość.
W moim przekonaniu nie jest to książka o przygodach konkretnej dziewczynki, ani o genialnym dziecku. To zapis przygody poznawczej młodego, giętkiego umysłu, którego śmiałość zadziwia. Jest to wgląd w sytuację, która jest typowa, modelowa i świadczyć może o naturze ludzkiego (czyli dziecięcego) poznania. Oczywiście, Joanna była i jest dzieckiem zdolnym, wrażliwym i twórczym. Etap wczesnego dziwienia się światu często pozostaje niewypowiedziany, gdyż zdolności formułowania myśli w języku są jeszcze mocno ograniczone. Tu – trafiła się dziewczynka, która potrafiła o tym mówić. A także – mama, która przy swoim trzecim dziecku, nareszcie nauczyła się słuchać! Gdyż wielkie dziecięce problemy, nawet jeśli są przez dzieci wypowiadane, bardzo często bywają leceważone, nawet przez pedagogów, którzy „najedli się mądrości” i zbyt łatwo biorą własne przekonania za prawdę.
Winna jestem kilka słów czytelnikom, którzy są ciekawi, kim jest obecnie bohaterka tej książki. Joanna ma lat trzynaście. Nadal jest osobą bardzo twórczą. Przez kilka lat chodziła na zajęcia rzeźby w glinie, potem – pociągała ją gra na gitarze, a od pewnego czasu pisze własne powieści. Niestety, z reguły ich kończy. Są to zwykle utwory inspirowane nutrem fantasy. Właśnie dziś, gdy piszę te słowa, wróciła z zajęć szkolnego kółka literackiego. Zwykle omawiają tam własne utwory, jej opowiadania są bardzo chwalone. Dziś jednak dyskutowali o powieści Patricka Süskinda Pachnidło.
– Wiesz – powiedziała mi ta młoda osoba – odkąd sama piszę, inaczej odbieram książki. Podziwiam autora, że napisał całą powieść. Ja miałam podobny pomysł, ale wyszło mi z tego tylko kilkustronicowe opowiadanie.
Poza tym w tej chwili pozostaje pod wpływem silnym japońskiej mangi i ma zamiar uczyć się japońskiego.
Czyta sporo, jest jednak w domu pewna ważna książka, której nie czytała. Tą książką jest Czteroletnia filozofka. Na początku nie chciałam, aby dojrzewając do etapu przyswajania wiedzy książkowej moja córka została uwięziona w swoich własnych myślach z poprzedniej fazy rozwoju. Doszłoby wtedy do swego rodzaju zapętlenia. Ostatnio jednak zapytałam ją, czy nie miałaby ochoty przeczytać.
– O, jeszcze nie teraz. Poczekajmy! – odpowiedziała mi z przekonaniem. A skoro ona tak twierdzi, znaczy, że wie, co robi.

Warszawa, 21.03.2012.

Dzisiaj Tuwim

Dziś – nagranie audycji o Julianie tuwimie mniej poważnym z Piotrem Matywieckim dla II Programu Polskiego Radia, który reprezentowali Anna Lisiecka i Witold Malesa. Emisja w sobotę 29.06. o 19.00 – jeśli nie zajdą zmiany. Tuwim mniej poważny lepiej sprostał upływowi czasu niż liryk. Dla mnie – i tak najważniejsze są jego wiersze dla dzieci. On i Brzechwa – to klasyka. Bardzo współczuję moim koleżankom, pisarkom od literatury dziecięcej. na mniej więcej 100 lat kanon został określony, można tylko do tego dodawać jakieś rozszeżenia. Wizja Piotra Matywieckiego w książce ‚Twarz Tuwima’ jest odmienna, on trzyma się dramatu osobistego twórcy, tragedii Holocaustu i poważnej liryki. A jednak – jak się okazało – przejści między powgą a niepowagą są jak awers i rewers… Nikt z nas nie wiedział czy w monecie rewers jest ważniejszy? Czy awers?