Wszystkie wpisy, których autorem jest anna nasilowska

Polish writer, poet, novelist and literary critic

Anna Nasiłowska, W środku lata

Anna Nasiłowska

IN THE MIDDLE OF SUMMER

transl. by Joanna Nasiłowska – Rek

In winter having once lacked

good shoes

you know

they have to be comfortable

not to slide

not to soak.

In February having once lived

in the attic

where the wind whistles

you appreciate

good windows

and warmth.

During my generation’s life

in my homeland

things have changed:

who didn’t gather winter supplies

will

go to the supermarket

and buy anything.

But it won’t be as good!

Oh, it cannot be compared!

– I am telling over the cooker

preparing marmalade

stirring sweet fruit pulp

with a lade.

Such an atavism

in the middle of summer

the breath of frost can be felt

as default.

Polish:

(oryginal version)

W ŚRODKU LATA

Kto kiedyś nie miał na zimę

dobrych butów

wie

że muszą być wygodne

nie śliskie

i nieprzemakalne.

Kto choć raz mieszkał w lutym

na poddaszu

gdzie hula wiatr

docenia

dobre okna

i ciepło.

Za życia mojego pokolenia

w moim kraju

zmieniło się:

kto nie zrobił zapasów na zimę

ten

pojedzie do supermarketu

i kupi sobie wszystko.

Ale nie takie!

O, nie ma porównania!

– odpowiadam znad garnka

smażąc powidła

mieszając chochlą

słodki owocowy miąższ.

Taki atawizm

w środku lata

czuć

domyślny oddech mrozu.

Lithuanian version– translated by Herkus Kunčius

Vasaros viduryje
(pažodinis, labai netikslus)

Jei kas žiemą
Neturėjo
Patogių batų
Žinojo –
Turi būti
Patogūs
Slidūs
Ir neperšlampami

Jei nors
Kartą gyveno
Vasaryje
Pastogėje
Po lietumi
Vertina gerus langus
Ir šilumą

Mano kartos gyvenime
Šioje šalyje
Pasikeitė tai,
Jog neapsirūpinę žiemai
Nuvyks į parduotuvę
Ir prisipirks
Ko reikia

Bet ne tai
Ko norėtų
Ne, padažų, medaus, šokolado
Prieskonių
Bet patiriant
Persmelkiantį
Suvokimą
Šalčio.

Wiersz opublikowany w międzynarodowej antologii poetyckiej Winter is coming, Verlag Expeditionen. Hamburg 2020

Teatr Minimalny – archiwum

Całość mojego projektu dostępna jest na stronie Facebook:

https://www.facebook.com/Teatr-Minimalny-Anna-Nasi%C5%82owska/

czyli: Teatr Minimalny – Anna Nasiłowska

W realu jeden z pomysłów był pokazywany jako instalacja w Nowym Świecie Muzyki w witrynie od ul. Świętokrzyskiej (róg Nowego Światu), od 5.05 do 15.05.2020;

mówiono o nim w audycji Aldony Wołk- Łaniewskiej, 11.05 w Programie 2 Polskiego Radia w audycji poświęconej projektom artystycznym podczas kwarantanny.

Teatr Minimalny

Akcja nazwana Teatrem Minimalnym narodziła się spontanicznie w trakcie przymusowej izolacji spowodowanej epidemią koronawirusa, która niespodziewanie wybuchła w 2020 roku. Najpierw, w lutym 2020, przebiegając przez miejsce zwane w Warszawiepatelnią”, czyli przejście między stacją metra Centrum a liniami tramwajowymi przy skrzyżowaniu Marszałkowska/ Aleje Jerozolimskie, spiesząc się do szpitala, prawie potknęłam się o leżącą obok kosza na śmieci siatkę, z której wystawały trzy drewniane atrapy damskich dłoni. Prezentowały się absurdalnie.

O, świetny rekwizyt fotograficzny! – pomyślałam i rozejrzałam się, czy ktoś ich nie szuka. Wyglądały na zbędne i wyrzucone. Kto wie, co działo się z nimi wcześniej i skąd się wzięły na patelni! Tak pojawił się prawdziwy, surrealistycznyobjet trouvé„, trzy ręce. Były bardzo przemoknięte i podrapane, jedna lekko pęknięta, ale wystarczyło je w domu wysuszyć i nasmarować woskiem, by odzyskały blask. Planowałam, że użyję ich do zdjęć na stronie Facebookateksty drugie” , którą obsługuję.

5 marca w szpitalu zmarła moja Mama, a 13 marca ogłoszono pierwsze poważne restrykcje, związane z epidemią. Jak większość – zostałam w domu. Pracując zdalnie, wybierałam dla siebie dość proste zadania: czytanie, uzupełnianie danych, porządki. Wyraźnie czułam, że nie powinnam od siebie wiele wymagać. Wciąż byłam jakby pogrążona we śnie, choć nie był to koszmarpo prostu trwałam w stanie oszołomienia, ogłuszenia, w gęstej wacie.

W pierwszym okresie po wprowadzeniu przymusowej izolacji na Facebooku, który stał się naszym oknem na świat, znajomi dzielili się głównie swoimi zdjęciami z dzieciństwa i fajnymi obrazkami psów i kotów. To było urocze, ale pozostawiało niedosyt. 25 marca pomyślałam, że warto na moim prywatnym profilu zaproponować coś twórczego, oryginalnego i związanego ze szczególnym czasem pandemii.

I tak narodził się Teatr Minimalny, w którym zamiast aktorówwystępowały drewniane ręce, a rolę sceny pełniły sztuka płótna lnianego i kuchenna stolnica, położona na balkonie. Rekwizytyto wyłącznie przedmioty domowe, jak tasak, ż, worek, biżuteria, monety, walizka, klocki a także sadzonki roślin, pomidorów i cukinii, które w kwietniu zaczęłam hodować na balkonie, aby w maju przenieść je na działkę.

Ta akcja artystyczna w oczywisty sposób nawiązuje do mojej indywidualnej wystawy fotograficznejSymbole/ Urojone znaczenia„, która miała miejsce w roku 2013 w Domu Kultury Śródmieście przy ul. Smolnej. Tam też posługiwałam się przedmiotami i dokonywałam inscenizacji, używałam jednak światła sztucznego i chodziło o trochę inne efekty. Teatr Minimalny ma własny charakter: od początku został stworzony do prezentacji na Facebooku. Teatr działał od 25 marca od 30 kwietnia, w tym czasie codziennie zamieszczałam jeden post oznaczony hasztagiem #teatrminimalny.

Zasady są proste, chodziło o krótką scenkę, którą można ująć w trzech, maksymalnie czterech kadrach, opatrzonych tytułem. Akcja z założenia miała być artystyczna, nie polityczna. Czasem nawiązywała do realiów pandemii, pojawiły się na przykład maseczki na twarz i wypalanie wirusa żelazkiem, a także mycie rąk; w okresie Wielkanocy na fotografiach były widoczne jajka wielkanocne i rzeżucha. Chodziło o zabawę, lekko ironiczny stosunek do rzeczywistości i przywołanie żnych motywów kulturowych przy pomocy skromnych środków wizualnych. Ujęcia są powtarzalne, obrazy noszą dość ascetyczny rys, panuje uboga, ale wysmakowana estetyka. Kadrszeroki, bo tak lubię, kolorystykaciepła. Wszytko inne to gra wyobraźni, żonglowanie konwencjami i nieco przewrotne poczucie humoru, które akceptuje także okrucieństwo; skoro jest ono umowne, należy do tradycji teatru grozy udawanej.

Zdjęcia nawiązują do fotografii studyjnej, ale nie zostały zrobione w studio, wszystkie powstały w warunkach domowych, w naturalnym świetle, przeważnie porannym, przeważnie na balkonie. Razz okazji WielkanocyTeatr Minimalny na chwilę przeniósł się do ogrodu. Sprzęttaki jaki mam, SONY Cybershot, całkiem dobramałpkadla turystów. Fotografie nie były w żaden sposób modyfikowane komputerowo, świadomie pozostawiałam też pewneniedoróbki” (gdy np spoza tła coś się wyłania); w moim przekonaniu podkreśla to umowność akcji, konceptualny charakter zabawy.

Uważam, że akcja #teatrminimalny wydobyła potencjał Facebooka jako medium, które nie musi być – jak niektórzy podejrzewają – miejscem uprawiania banalnej autokreacji, może umożliwiać kreację artystyczną, pokazuje takżeniemal natychmiastoworeakcję odbiorców i przez to Facebook jest bardzo społeczny. Mój profil na Facebooku wykorzystuję zwykle dość żnorodnie, dzielę się emocjami i informacjami, nierzadko komentuję też aktualne wydarzenia; czasami prezentuję moje prace fotograficzne, na przykład w 2017 roku, po powrocie z Brazylii, pokazywałam cykl wschodów słońca z plaży nad Atlantykiem ze względu na ich estetyczny walor.

Akcja Teatr Minimalny miała pokazać – i chyba pokazała – że czas przymusowej izolacji nie musi być stracony. Mój prywatny bilans tego okresu jest (nieoczekiwanie!) dość bogaty. Teatr Minimalny wyraził niepokój czasu pandemii, pokazał zarazem akceptację ograniczeń, jak i bunt przeciwko nim, potrzebę przekory, możliwość szybkiej zamiany niepokoju w żart, a żartuw niepokój. Wszystko jest wciąż płynne, trwamy w niepewności. A ja nie do końca wyszłam z oszołomienia, więc umowne i wieloznaczne obrazy pozwoliły mi wyrazić się lepiej niż poprzez racjonalne stwierdzenia i orzeczenia.

Pozostało całkiem spore archiwum projektu, które będę przechowywać. Zajmowanie się moimnajmniejszym teatrzykiem na świecieprzyniosło mi wiele zadowolenia. Czułam się zaszczycona, że mam sporą publiczność, która spontanicznie reaguje. To było jak w prawdziwym teatrze!

A teraz muszę brać się do pracy

Krystyna Nasiłowska (12.10.1933 – 5.03.2020)

Maria Krystyna Skierkowska urodziła się w Rawie Mazowieckiej, w rodzinie o tradycjach ogrodniczych i niepodległościowych. Gdy miała 6 lat, wybuchła II wojna światowa. Z perspektywy dziecka wojna wyglądała inaczej niż z punktu widzenia dorosłych. W jej wspomnieniach pojawiały się migawki zdarzeń: ucieczka w 1939 roku i powrót do ogołoconego domu. Stacjonowanie Niemców, którzy zajęli największy pokój. Wypędzenie Żydów, mieszkających przy tej samej ulicy i ucieczka dwóch dziewczyn, z których jedna ukrywała się na strychu. Konspiracyjne zebrania w stodole, w których uczestniczył ojciec. Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, podczas której bomba spadła na dom i poważnie raniła jej matkę. Wspólnym mianownikiem tych zapamiętanych okruchów zdarzeń był lęk.

Także po wojnie było się czego bać. Mimo świetnie zdanego egzaminu na weterynarię – nie przyjęto jej na studia z powodu negatywnej opinii Związku Młodzieży Polskiej. W 1951 roku decydowało niewłaściwe pochodzenie, wcześniejsza przynależność do harcerstwa. Wyjechała wtedy do Warszawy, zatrudniła się w księgowości Instytutu Elektrotechniki i wkrótce poślubiła zdolnego inżyniera Jana Nasiłowskiego. Z nową opinią z pracy, pod nowym nazwiskiem i po interwencji została przyjęta na zootechnikę, którą ukończyła w 1958 roku, niedługo po urodzeniu córki Anny.

Początki pracy zawodowej Krystyny Nasiłowskiej nie były łatwe, ale dla niejnie było przeszkód nie do pokonania. Do pierwszego miejsca pracy w Kuflewie dojeżdżała z Warszawy pociągiem, przesiadała się na PKS a potem jeszcze ostatnich 5 km pokonywała rowerem. Była nauczycielką w szkołach rolniczych, potem uczyła w Cegłowie za Mińskiem Mazowieckim, a następnie w Pszczelinie koło Brwinowa. Mimo ukończonej zootechniki prowadziła zajęcia z uprawy roślin. Zrobiła prawo jazdy na ciągnik, żeby prowadzić praktyki. Jej prawdziwą pasją było wychowawstwo, czyli pomoc młodym ludziom w kształtowaniu charakterów i wyborze własnej drogi zawodowej. Porzuciła Pszczelin, podejmując samodzielne wyzwanie: została dyrektorką bursy dla uczącej się w szkołach zawodowych młodzieży przy ul. Wiślanej w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę Krystyna Nasiłowska zaangażowała się w pomoc córce, Annie, opiekowała się trzema wnuczkami, Dorotą, Dominiką i Joanną. Jej pasją stały się działki i zwierzęta, zwłaszcza koty. Córce powiedziała, że nie ma większego szczęścia niż patrzenie na to, jak rosną rośliny, które sama posiała i pielęgnowała. Wnuczce Dominice mówiła, że najfajniejsze w jej życiu było kierowanie traktorem. Wszyscy wiedzieliśmy, jak wiele radości czerpała z opieki nad kotami.

Była prekursorką ekologii, sama skrupulatnie przetwarzała resztki i wymagała tego od swoich bliskich. Według niej najlepiej byłoby nie kupować żywności, ale wytwarzać ją samodzielnie na własne potrzeby. Do końca samodzielna, aktywna; wydawała się niezłomna. Nie wyobrażała sobie zależności od innych. W źnym wieku zdecydowała się na operacje obu bioder, żeby móc pracować na działce. Trzecie piętro, na którym mieszkała, nie stanowiło dla niej problemu.

Jej stan pogorszył się w wyniku zuchwałej kradzieży, do jakiej doszło w jej mieszkaniu. To było wielkie upokorzenie, tym bardziej, że osoby, które ją okradły, początkowo deklarowały dobre intencje. Krystyna Nasiłowska podkreślała, że jej matka uczyła ją, że zawsze trzeba udzielać pomocy, to nasz chrześcijański obowiązek i zobowiązanie ludzi wykształconych, czyli bardziej świadomych. Kilka dni po tym zajściu córka znalazła ją nieprzytomną. Mimo troskliwej opieki w szpitalu zmarła, nie odzyskawszy świadomości.

Żegnamy Ją, dziękując za wszystko.

Anna Nasiłowska

Mama – wspomnienie

Krystyna Nasiłowska (12.10.19335.03.2020)

Krystyna Skierkowska urodziła się w Rawie Mazowieckiej, w rodzinie o tradycjach ogrodniczych i niepodległościowych. Gdy miała 6 lat, wybuchła II wojna światowa. Z perspektywy dziecka wojna wyglądała inaczej niż z punktu widzenia dorosłych. W jej wspomnieniach pojawiały się migawki zdarzeń: ucieczka w 1939 roku i powrót do ogołoconego domu. Stacjonowanie Niemców, którzy zajęli największy pokój. Wypędzenie Żydów, mieszkających przy tej samej ulicy i ucieczka dwóch dziewczyn, z których jedna ukrywała się na strychu. Konspiracyjne zebrania w stodole, w których uczestniczył ojciec. Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, podczas której bomba spadła na dom i poważnie raniła jej matkę. Wspólnym mianownikiem tych zapamiętanych okruchów zdarzeń był lęk.

Także po wojnie było się czego bać. Mimo świetnie zdanego egzaminu na weterynarię – nie przyjęto jej na studia z powodu negatywnej opinii Związku Młodzieży Polskiej. W 1951 roku decydowało niewłaściwe pochodzenie, wcześniejsza przynależność do harcerstwa. Wyjechała wtedy do Warszawy, zatrudniła się w księgowości Instytutu Elektrotechniki i wkrótce poślubiła zdolnego inżyniera Jana Nasiłowskiego. Z nową opinią z pracy, pod nowym nazwiskiem i po interwencji została przyjęta na zootechnikę, którą ukończyła w 1958 roku, niedługo po urodzeniu córki Anny.

Początki pracy zawodowej Krystyny Nasiłowskiej nie były łatwe, ale dla niejnie było przeszkód nie do pokonania. Do pierwszego miejsca pracy w Kuflewie dojeżdżała z Warszawy pociągiem, przesiadała się na PKS a potem jeszcze ostatnich 5 km pokonywała rowerem. Była nauczycielką w szkołach rolniczych, potem uczyła w Cegłowie za Mińskiem Mazowieckim, a następnie w Pszczelinie koło Brwinowa. Mimo ukończonej zootechniki prowadziła zajęcia z uprawy roślin. Zrobiła prawo jazdy na ciągnik, żeby prowadzić praktyki. Jej prawdziwą pasją było wychowawstwo, czyli pomoc młodym ludziom w kształtowaniu charakterów i wyborze własnej drogi zawodowej. Porzuciła Pszczelin, podejmując samodzielne wyzwanie: została dyrektorką bursy dla uczącej się w szkołach zawodowych młodzieży przy ul. Wiślanej w Warszawie.

Po przejściu na emeryturę Krystyna Nasiłowska zaangażowała się w pomoc córce, Annie, opiekowała się trzema wnuczkami, Dorotą, Dominiką i Joanną. Jej pasją stały się działki i zwierzęta, zwłaszcza koty. Córce powiedziała, że nie ma większego szczęścia niż patrzenie na to, jak rosną rośliny, które sama posiała i pielęgnowała. Wnuczce Dominice mówiła, że najfajniejsze w jej życiu było kierowanie traktorem. Wszyscy wiedzieliśmy, jak wiele radości czerpała z opieki nad kotami.

Była prekursorką ekologii, sama skrupulatnie przetwarzała resztki i wymagała tego od swoich bliskich. Według niej najlepiej byłoby nie kupować żywności, ale wytwarzać ją samodzielnie na własne potrzeby. Do końca samodzielna, aktywna; wydawała się niezłomna. Nie wyobrażała sobie zależności od innych. W źnym wieku zdecydowała się na operacje obu bioder, żeby móc pracować na działce. Trzecie piętro, na którym mieszkała, nie stanowiło dla niej problemu.

Jej stan pogorszył się w wyniku zuchwałej kradzieży, do jakiej doszło w jej mieszkaniu. To było wielkie upokorzenie, tym bardziej, że osoby, które ją okradły, początkowo deklarowały dobre intencje. Krystyna Nasiłowska podkreślała, że jej matka uczyła ją, że zawsze trzeba udzielać pomocy, to nasz chrześcijański obowiązek i zobowiązanie ludzi wykształconych, czyli bardziej świadomych. Kilka dni po tym zajściu córka znalazła ją nieprzytomną. Mimo troskliwej opieki w szpitalu zmarła, nie odzyskawszy świadomości.

Żegnamy Ją, dziękując za wszystko.

Anna Nasiłowska

Spotkanie w Polskim PEN – Klubie, 21.11, g. 18

Serdecznie zapraszam na spotkania wokół „Historii literatury polskiej”, opublikowanej przez Wydawnictwo IBL PAN we wrześniu 2019 roku:

20.11.2019 roku w Pałacu Staszica w Warszawie, sala 132, godz. 12.30: dyskusja z Pracownią Poetyki Historycznej i Pracownią Teorii Literatury;

21.11.2019 w Domu Literatury w Warszawie, salonik PEN – Klubu, II piętro, spotkanie poprowadzi Prezes Adam Pomorski.

Oba spotkania mają charakter otwartych dyskusji wokół książki.

Spotkanie o „Historii literatury polskiej”

Polski PEN Club

ma zaszczyt zaprosić na

SPOTKANIE

W SALONIKU POLSKIEGO PEN CLUBU

Gościem spotkania będzie

profesor

ANNA NASIŁOWSKA

Prezes Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

autorka nowej syntezy dziejów

piśmiennictwa ojczystego

od Średniowiecza do literatury po 1989 roku:

HISTORIA LITERATURY POLSKIEJ

(Instytut Badań Literackich PAN, 2019)

Spotkanie zagai

Prezes Polskiego PEN Clubu

ADAM POMORSKI

Spotkanie odbędzie się w czwartek 21 listopada 2019

w saloniku Polskiego PEN Clubu w Warszawie,

Krakowskie przedmieście 87/89, II p.

Początek o godzinie 18.

Moja „Historia literatury polskiej” ukazała się we wrześniu 2019 roku w Wydawnictwie IBL PAN. Początkowy nakład tak szybko zniknął z księgarni oraz magazynu Wydawnictwa, że konieczny był dodruk, który zapewne także zniknie.

Dyskont – nowe słowa

Dziadersi – tymczasową definicję przytaczam za Jasiem Kapelą:

„Słowo „dziaders” nie doczekało się jeszcze oficjalnej definicji w słowniku PWN, więc na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że są to osoby wpływowe, przeważnie płci męskiej, choć niekoniecznie, dobrze ustawione finansowo i symbolicznie oraz wykorzystujące swoje wpływy do obrony status quo, swoich zachowawczych poglądów oraz oczywiście kolegów.” – czytamy w autorskim blogu na stronie „Krytyki Politycznej”.

Dotyczyło to sytuacji, gdy po spowodowaniu przez popularnego i anty-pisowskiego dziennikarza telewizyjnego Kamila Durczoka kolizji drogowej, zaczęły wychodzić szczegóły: zatrzymany miał 2,6 promila alkoholu we krwi, obok niego podróżowała dziewczyna, która zniknęła, bo bała się rodziców, którzy nie byliby zachwyceni romansem córki, dziennikarz wyjechał ze Słupska a zatrzymał się między barierkami pod Piotrkowem Trybunalskim, czyli w stanie nie nadającym się do prowadzenia samochodu przejechał swoim BMW pół Polski… Niebawem pojawili się obrońcy Durczoka, gotowi w mediach bagatelizować zdarzenie, tłumaczyć je jakimiś dodatkowymi okolicznościami i prosić o to, by publiczność łaskawie zapomniała wyczyn ulubieńca.

Co do samego słowa „dziaders”, do autorstwa na Fb przyznała się Beata Chmiel. Losów określenia nie sposób przewidzieć, ale zjawisko ma i bogatą przeszłość, i przyszłość przed sobą. Bliskoznaczne