Co sprawia przyjemność?

Sei Shonagon, japońska dama dworu, żyła w latach 965 – 1024. Za czasów Mieszka Pierwszego i Bolesława Chrobrego.

Pozostały po niej „Zapiski spod wezgłowia”, rodzaj dziennika. Pyta w nim co jest przyjemne? co przerażające? a co eleganckie.

I ja mogę siebie zapytać.

Patrząc wstecz na to, co chce mi się zapisywać, najprzyjemniejsze są rzeczy ulotne a niespodziewane. Przypadkowe rozmowy, które przynoszą coś istotnego. Przypadkowe spotkania. Dni, które nagle wypełnia uśmiech. Czysty dar losu.

Ale jeśli tak, to przyjemność lektury wspaniałej, świeżej książki nie należy do tego najszlachetniejszego gatunku: lekturę trzeba wybrać, zaplanować. I ta przyjemność jedynie naśladuje sprzyjającą lekkość prawdziwej niespodzianki, tej niewykreowanej. Za to, jeśli naśladuje dobrze – jest łatwiej osiągalna. Czeka, trwa. Bo tej życiowej niespodzianki nie da się zaplanować ani sprowokować. Składa się na nią także dobry nastrój, gotowość i czysty traf.

Otello

Ogłoszenia w metrze o psach adopcji. Jedno z nich opisuje tak potencjalnego pupila:…. „lubi ludzi, niestety, nie toleruje dzieci i mężczyzn”.
Napisała kobieta?
Imię psa dobrane słusznie: Otello.
Moja koleżanka widziała na własne oczy ogłoszenie: „Zatrudnię do prac budowlanych 10 mężczyzn nieinteligentnych i mało rozgarniętych”.
Pisał raczej mężczyzna, ale ciekawe, czy się zgłosili?

Widziałam człowieka szczęśliwego

-Widziałam dziś człowieka szczęśliwego. Wyłonił się z zakamarów Pałacu Staszica, mówiąc:
– Rewelacja!
Stosunkowo młody, choć przyprószony nieco siwizną.
– Cudownie!
Oko mu błyszczało, ręce chodziły jak wiatrak.
– Wspaniale!
Jedno skrzydło wiatraka machało kopertą, w drugiej dojrzałam książkę w żółtej okładce.
Na mój pytający wzrok powiedział;
– Książkę właśnie wydałem. Dwa lata czekania, opłacało się!
I oddalił się szybko. Nie jestem pewna: szedł czy leciał.
Ja podreptałam do biblioteki. Czekał tam na mnie zamówiony tomik Janiny Brzostowskiej „Myśli o szczęściu”.
– Ha, to nie może być dobre! – skomentowała pani dokumentalistka. Obie wiemy, że nie nadaje się takich tytułów. To w złym guście.
Otworzyłam na s. 23:
„Myśli o szczęściu/ unikają człowieka/ coraz jawniej” – przeczytałam.
Ale ja widziałam człowieka szczęśliwego! Spotkałam go przed chwilą.
– Ha! Pewnie jego pierwsza książka!
– Na to wyglądało.
– Otworzy na pierwszej lepszej stronie, znajdzie błąd, zafrasuje się! – powiedziała pani dokumentalistka.
Przemawiało przez nią doświadczenie.

Twórcze pisanie dla dzieci

Styczeń 2015; zajęcia z pisania dla dzieci 610 lat w Domu Literatury w Warszawie.

Wymyślamy bohaterów i historie.

Najpierw bohaterowie.

Na przykład Książkojad, Mól Książkowy, Miś Benio.

Pan Ciacho.

Ale jakie Ciacho? Pączek? Pączek z dziurką? Rurka z kremem? Okazuje się, że to jest baba, ustrojona od góry posypką. Chłopiec rysuje uśmiechniętego Pana Ciacho.

I zaczątek historii się już pojawia, bo dziewczynki zastanawiają się, czy Ciacho jest nadgryzione, czy nie.

Pewna dziewczynka lubi jako bohaterów swoich historii rzeczy do jedzenia. Może być Słoik z Dżemem. Pasztet. Kiełbasa.

Powstaje historia o panu profesorze, który wziął do pracy śniadanie, ale jogurt mu uciekł i profesor go szukał.

Był też Pan MasłoExtraMaślane, w formie kostki. Lubił ćwiczenia fizyczne, bo bardzo chciał schudnąć. Uważał, że jest za tłusty. Pakował, topił się, kapały z niego krople

Pojawił się też Prezydent Kotów i jego wielka przygoda. Spotkał Prezydenta Psów.

Królik poszedł do kawiarni. Zamówił krupnik. Kelner przyniósł mu, postawił, a królik skakał, skakał z radości, że aż wskoczył na stolik i wylał wszystko. I taki był tragiczny koniec tej historii.

Inny królik znalazł w trawie mały pieniążek. Przyszedł do kawiarni i zamówił ciasteczko. Kelner postawił mu, królik odwrócił się i wtedy wróbelki wydziobały mu wszystko, tylko kilka okruszków zostało. Zamówił następne. I znowu. Zamówił następnei znowu to się stało. I tak królik zadłużył się aż po same uszy.

Pewnego dnia do PEN Klubu z gniazda jaskółek wypadło ogromne złote jajo. Nie było to jajo jaskółcze, ale zaczarowane. Rosło i błyszczało. Potem zaczęło trzeszczeć i popękało. I wtedy ze złotego jaja wylęgły się trzy koty i jeden pies. Siadły przy biurku i mówią:

Hmmm, penrozumiemy, co to pen!

Dajcie nam długopis!

Będziemy pisać książkę!

A w kawiarni wydarzyła się jeszcze inna przygoda.

Zwierzęta, pies Zima, kot Śnieżynka i Gepard przyszły na ucztę żując gumę balonową. Nie wiedziały, co z niż zrobić, więc przykleiły ją na ścianę. Piły wino. Plotkowały. Fajkę paliły. Pani jako to zobaczyła, to upadła.

A zwierzęta:

Co się stało z tą panią?

Straciła przytomność! – mówi Gepard.

Zwierzęta zawołały pogotowie.

Pani się ocknęła i mówi:

Wino? Guma na ścianie? Należy się sto złotych!

Zwierzęta nie miały i uciekły. Pogotowie przyjechało. I tam był jeden taki sanitariusz. jak on zobaczył tę panią, to zapomniał, że jest w pracy i ma ją ratować i natychmiast się zakochał. I wrócili do domu objęci.

I taki był happy end.

Literatura pop

Czekając w kolejce do lekarza, słyszę jak dwie kobiety rozmawiają o literaturze.
Jedna z nich, dość młoda, jest bibliotekarką, przyniosła tej drugiej listę wartościowych książek. Są na niej wyłącznie utwory pop, niektóre fantasy, trochę lżejszych kryminałów, trochę powieści historycyzujących, ale tłumaczonych z angielskiego. Bibliotekarka komentuje:
– Bo ja proszę pani w literaturze szukam ukojenia. Jeśli czytam książkę i po kilku stronach czuję, że ona mnie nie uspokaja, nie podchodzi do życia z humorem, to ją po prostu odkładam i już nie czytam. Przecież mamy w życiu wystarczająco dużo powodów do zdenerwowania, niepokoju i ciągle coś nas zaskakuje….
Z punktu widzenia tego rodzaju czytelniczek cały mój sposób myślenia jest zły: jeśli nie odkryję czegoś zaskakującego, to w ogóle nie ma powodu, aby pisać.

Pierwsza recenzja „Żywiołów”, zawstydzająco pochlebna

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Wszystko na opak: o czasach, w których kobiety (sprytnie, bo zza kurtyny) najpełniej rządziły światem, nawiedzony feminizm powiada, że mężczyźni patriarchalnie je wtedy najbardziej gnębili; i jeszcze: jakże często w poezji pisanej przez kobiety czuje się ten ich wysiłek, tę pasję, tę pracę mózgu i mięśni, żeby wiersze były męskie, za wszelką cenę. A nie można normalnie, naturalnie? Można. Ta książka jest tak kobieca, że trzeba się zastanowić, jak to w tym kontekście jest możliwe. Najpierw Grecja, Grecja, Rzym, Rzym, wraca nowe starożytne, a emocje są chwilami jak u najlepszego Kawafisa, tylko płeć inna. To na przykład w pięknej literackiej rzeźbie pt. „Safona”. Trudno powiedzieć, czy to jeszcze proza, czy już poezja, poetka sama się nad tym zastanawia. I przyznaje, że nie wie. O poetyckości nie decyduje w tym tomiku forma, znaczenie ma przede wszystkim klimat, niczym w „Klimatach” André Maurois, tyle że fraza Nasiłowskiej jest nieporównanie lepsza. Ani jednego zbędnego słowa, ani jednej podwójnej puenty, ani jednego przesłodzenia. Można śledzić analizy tajemnic kobiecości, a nie sztucznie klejone maski, z których dla psychologii (i tym samym zwykłego czytelnika) jak dotąd na ogół nic nie wynikało. Rozpiętość między pustym pięknem a głęboką urodą wypełnia się w tej książce tym, czego na co dzień nie potrafimy zrozumieć, a tym bardziej czego prawie nikt nie umie zwięźle definiować. Uderza odwaga autorki w podejmowaniu tematów boleśnie banalnych, z których wychodzi więcej niż obronną ręką. Chwilami odnoszę wrażenie, że cała ta książka została przez nią ułożona po to, żeby znaleźć pretekst do opublikowania czytelnego ale skomplikowanego utworu „Modelki”, który niczym walec przetacza się po naszych wyobrażeniach o płytkiej, celebrycko-popartowskiej kulturze dzisiejszych czasów. Prawda – jak się okazuje – nie jest ani prosta, ani banalna, ale musiało ją dostrzec bystre oko i podać sprawne pióro.

 

Piotr Müldner-Nieckowski