Twórcze pisanie dla dzieci

Styczeń 2015; zajęcia z pisania dla dzieci 610 lat w Domu Literatury w Warszawie.

Wymyślamy bohaterów i historie.

Najpierw bohaterowie.

Na przykład Książkojad, Mól Książkowy, Miś Benio.

Pan Ciacho.

Ale jakie Ciacho? Pączek? Pączek z dziurką? Rurka z kremem? Okazuje się, że to jest baba, ustrojona od góry posypką. Chłopiec rysuje uśmiechniętego Pana Ciacho.

I zaczątek historii się już pojawia, bo dziewczynki zastanawiają się, czy Ciacho jest nadgryzione, czy nie.

Pewna dziewczynka lubi jako bohaterów swoich historii rzeczy do jedzenia. Może być Słoik z Dżemem. Pasztet. Kiełbasa.

Powstaje historia o panu profesorze, który wziął do pracy śniadanie, ale jogurt mu uciekł i profesor go szukał.

Był też Pan MasłoExtraMaślane, w formie kostki. Lubił ćwiczenia fizyczne, bo bardzo chciał schudnąć. Uważał, że jest za tłusty. Pakował, topił się, kapały z niego krople

Pojawił się też Prezydent Kotów i jego wielka przygoda. Spotkał Prezydenta Psów.

Królik poszedł do kawiarni. Zamówił krupnik. Kelner przyniósł mu, postawił, a królik skakał, skakał z radości, że aż wskoczył na stolik i wylał wszystko. I taki był tragiczny koniec tej historii.

Inny królik znalazł w trawie mały pieniążek. Przyszedł do kawiarni i zamówił ciasteczko. Kelner postawił mu, królik odwrócił się i wtedy wróbelki wydziobały mu wszystko, tylko kilka okruszków zostało. Zamówił następne. I znowu. Zamówił następnei znowu to się stało. I tak królik zadłużył się aż po same uszy.

Pewnego dnia do PEN Klubu z gniazda jaskółek wypadło ogromne złote jajo. Nie było to jajo jaskółcze, ale zaczarowane. Rosło i błyszczało. Potem zaczęło trzeszczeć i popękało. I wtedy ze złotego jaja wylęgły się trzy koty i jeden pies. Siadły przy biurku i mówią:

Hmmm, penrozumiemy, co to pen!

Dajcie nam długopis!

Będziemy pisać książkę!

A w kawiarni wydarzyła się jeszcze inna przygoda.

Zwierzęta, pies Zima, kot Śnieżynka i Gepard przyszły na ucztę żując gumę balonową. Nie wiedziały, co z niż zrobić, więc przykleiły ją na ścianę. Piły wino. Plotkowały. Fajkę paliły. Pani jako to zobaczyła, to upadła.

A zwierzęta:

Co się stało z tą panią?

Straciła przytomność! – mówi Gepard.

Zwierzęta zawołały pogotowie.

Pani się ocknęła i mówi:

Wino? Guma na ścianie? Należy się sto złotych!

Zwierzęta nie miały i uciekły. Pogotowie przyjechało. I tam był jeden taki sanitariusz. jak on zobaczył tę panią, to zapomniał, że jest w pracy i ma ją ratować i natychmiast się zakochał. I wrócili do domu objęci.

I taki był happy end.

Reklamy

Literatura pop

Czekając w kolejce do lekarza, słyszę jak dwie kobiety rozmawiają o literaturze.
Jedna z nich, dość młoda, jest bibliotekarką, przyniosła tej drugiej listę wartościowych książek. Są na niej wyłącznie utwory pop, niektóre fantasy, trochę lżejszych kryminałów, trochę powieści historycyzujących, ale tłumaczonych z angielskiego. Bibliotekarka komentuje:
– Bo ja proszę pani w literaturze szukam ukojenia. Jeśli czytam książkę i po kilku stronach czuję, że ona mnie nie uspokaja, nie podchodzi do życia z humorem, to ją po prostu odkładam i już nie czytam. Przecież mamy w życiu wystarczająco dużo powodów do zdenerwowania, niepokoju i ciągle coś nas zaskakuje….
Z punktu widzenia tego rodzaju czytelniczek cały mój sposób myślenia jest zły: jeśli nie odkryję czegoś zaskakującego, to w ogóle nie ma powodu, aby pisać.

Pierwsza recenzja „Żywiołów”, zawstydzająco pochlebna

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Wszystko na opak: o czasach, w których kobiety (sprytnie, bo zza kurtyny) najpełniej rządziły światem, nawiedzony feminizm powiada, że mężczyźni patriarchalnie je wtedy najbardziej gnębili; i jeszcze: jakże często w poezji pisanej przez kobiety czuje się ten ich wysiłek, tę pasję, tę pracę mózgu i mięśni, żeby wiersze były męskie, za wszelką cenę. A nie można normalnie, naturalnie? Można. Ta książka jest tak kobieca, że trzeba się zastanowić, jak to w tym kontekście jest możliwe. Najpierw Grecja, Grecja, Rzym, Rzym, wraca nowe starożytne, a emocje są chwilami jak u najlepszego Kawafisa, tylko płeć inna. To na przykład w pięknej literackiej rzeźbie pt. „Safona”. Trudno powiedzieć, czy to jeszcze proza, czy już poezja, poetka sama się nad tym zastanawia. I przyznaje, że nie wie. O poetyckości nie decyduje w tym tomiku forma, znaczenie ma przede wszystkim klimat, niczym w „Klimatach” André Maurois, tyle że fraza Nasiłowskiej jest nieporównanie lepsza. Ani jednego zbędnego słowa, ani jednej podwójnej puenty, ani jednego przesłodzenia. Można śledzić analizy tajemnic kobiecości, a nie sztucznie klejone maski, z których dla psychologii (i tym samym zwykłego czytelnika) jak dotąd na ogół nic nie wynikało. Rozpiętość między pustym pięknem a głęboką urodą wypełnia się w tej książce tym, czego na co dzień nie potrafimy zrozumieć, a tym bardziej czego prawie nikt nie umie zwięźle definiować. Uderza odwaga autorki w podejmowaniu tematów boleśnie banalnych, z których wychodzi więcej niż obronną ręką. Chwilami odnoszę wrażenie, że cała ta książka została przez nią ułożona po to, żeby znaleźć pretekst do opublikowania czytelnego ale skomplikowanego utworu „Modelki”, który niczym walec przetacza się po naszych wyobrażeniach o płytkiej, celebrycko-popartowskiej kulturze dzisiejszych czasów. Prawda – jak się okazuje – nie jest ani prosta, ani banalna, ale musiało ją dostrzec bystre oko i podać sprawne pióro.

 

Piotr Müldner-Nieckowski

Kolejka

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie wcześnie – o 5.50 przed przychodnią, postanowiłam bowiem po raz pierwszy zobaczyć mojego lekarza rodzinnego. Ot, fantazja! Niestety, wymuszona okolicznościami. Przed zamkniętym drzwiami stało już kilkanaście osób, głównie starszych. Niektórzy o kulach. Tuż po mnie przybył emeryt o dwóch laskach i z braku innego miejsca umościł się na skrzyni na piasek. O 6.30 otworzono podwoje przychodni. Tłum był już gęsty, wlał się do holu i nie dla wszystkich starczyło miejsc siedzących. Ja byłam dość szybka, w końcu poruszam się bez laski. Atmosfera miła, bez nadmiernej rywalizacji. Pan na krzesełku z lewej wyciągnął książkę Rafała Ziemkiewicza. Pan po prawej – „Czas honoru”. Wszystko to są dawki placebo: marzenia o tym, żeby rozwalić „układ rządzący” lub pamięć o czynach heroicznych. O 7.00 kolejka sformowała zwarty szyk. Z pewnym trudem rozpoznałam emeryta w czapce, który mnie poprzedzał. Emeryt za mną (ten o dwóch laskach) życzliwie dzielił się ze mną swoimi doświadczeniami, na którym bazarku są tańsze warzywa. Trzeba tylko jechać 45 minut metrem!

Kto powiedział, że kolejki to PRL? W ten sposób już pod wieczór zdobyłam skierowanie do ortopedy. Niestety, w tej przychodni zapisy do lekarza tej specjalności wstrzymano. Najbliższe terminy były na początek stycznia – następnego roku…

 

Anna nasiłowska, Żywioły, wydawca: Staromiejski Dom Kultury, maj 2014

Co się stało, że postanowiłam opublikować zbiór wierszy? Po prostu trochę się ich zebrało w ciągu ostatnich lat. W większości publikowane były w żnych pismach literackich, niektóre doczekały się przekładów na żne języki, co wiąże się z moimi podróżami. Tłumaczenie poezji wymaga dobrego ucha, ale i tak zawsze okazuje się, że najłatwiej jest przełożyć wiersz. Potem można go użyć: przeczytać na spotkaniu, opublikować. Nie zajmuje dużo miejsca ani czasu, nie wymaga wstępów, zwykle dobrze znosi zmianę.

Opublikowałam tomik, bo przestałam się przejmować. Krąży mnóstwo zaleceń, czego prawdziwy poeta powinien się wystrzegać. Publicystyki, komentowania, retoryki, opowiadania, stylu wysokiego. Wszystko torobię, choć jako krytyk dobrze znam te poglądy. Gdyby wziąć serio tego rodzaju ograniczenia, wychodzi na to, że poezję najlepiej robić z niczego. To jest wyzwanie! Niektórzy to potrafią i nawet są w tym dobrzy. Jest jednak pewien koszt wierności ograniczeniom estetycznym. Enigmatyczność. Poezja przez ostatnie sto lat skupiła się na języku, porzuciła narracyjność, dawne gatunki epickie umarły; jej pole stało się wąskie, choć zasilane i uprawiane było niezwykle fachowo.

Za późno, żebym usiłowała wymyślić nowy styl, dokonać rewolucji artystycznej, i nawet na to bym zaczęła myśleć o sobie przede wszystkim jako o poetce też jest za późno. Jestem prozaiczką i autorką biografiito są moje role artystyczne. Poza tym jest jeszcze zawód profesora literatury, który uprawiam. Poezja jest trochę od święta. Moja dykcja jest dość staroświecka, czyli klarowna. Czasami mam coś do powiedzenia, co wymaga użycia poezji. Nie domaga się tego moje “ja”, ale coś, co pojawia się z zewnątrz, ze świata jako niewyjaśnione, poruszające czy niezwykłe.

Cykl próz greckich wiąże się z moimi podróżami na wyspę Lesbos. Podarowano mi dość niezwykłe doświadczenie, byłam tam nie jako turystka, mogłam poczuć atmosferę, zobaczyć niezwykłe miejsca. Pejzaż w okolicach małej miejscowości Skala Kalonis to chyba najpiękniejsze miejsce na świecie, jakie widziałam. Z portu i plaży widać ogromną, płytką zatokę, zamkniętą cieśniną między dwoma wzgórzami. Gdy byłam po raz pierwszy, powietrze w cieśninie drżało. Wydawało mi się, że widzę ziemię świeżo stworzoną, taką jaka wyszła spod kosmicznej ręki.

“Modelki” powstały obok projektu fotograficznego mojego męża. Jak dotąd nie udało nam się  zaprezentować nigdzie całości złożonej ze zdjęć i tekstu, ale sam tekst się broni. Równie dobrze mógłby stać się słuchowiskiem radiowym, lub materiałem do przedstawienia.

To bardzo dziwne wrażenie, gdy robi się coś po raz pierwszy. To jest mój pierwszy tom, choć wracam w ten sposób do początków mojego pisania.

Położne

-1Oksiążce Sylwii Szwed, Mundre, Wydawnictwo Czarne, 2014

 

Kiedy w 1983 roku rodziłam swoją pierwszą córkę do kobiety, która była przytwierdzona pasami do łożaboleści na saliporodowej po mojej prawej stronie, położne krzyczały: “Ty krowo! (bo krowa ryczy). Do kobiety po lewej: “Ty świnio! (bo się spasła). Ja ze strachu byłam cicho, co okazało się  złą taktyką, bo nikt się mną nie zajął. Tak wtedy wyglądały polskie szpitale. Pełne odcięcie od rodziny, dziecko na osobnejsali. Ale już wtedy po korytarzu krzątała się niesamowita osoba, która usiłowała pomóc w rozpoczęciu karmienia piersią. Oficjalnieledwie ją tolerowano, ale to była pierwsza jaskółka zmian. Wspominam ją z wdzięcznością dotej pory.

W latach dziewięćdziesiątych nastąpiła rewolucja w podejściu do rodzących. Nowe metody, porody rodzinne i domowe, możliwość poruszania się i wyboru pozycji, dziecko razem z matką, nastawienie na pomoc (a nie przemoc). Przez pewien czas wydawało się, że ta zmiana jest jednym z niewątpliwych, wymiernych efektów demokracji. Można było zobaczyć w porodzie kluczowy moment egzystencji. Rola położnej zmieniła się: to nie wykonawczyni odgórnych instrukcji, ale doświadczona przewodniczka, która wie, że potrzebna jest współpraca z rodzącą. Ba! W grę wchodzą nawet uczucia, bo pozwalają pozbyć się lęku, który blokuje otwarcie.

Jesteśmy w tej chwili w dziwnym momencie. Z jednej strony: poszukiwania poziomu reakcji instynktownych i nurt ekologiczny. Z drugiej: coraz większa medykalizacja porodu, rosnąca liczba cesarskich cięć. To, co mają do powiedzenia położne, pozwala wśród sprzeczności zaprowadzić pewien ład. Nie bez przyczyny w różnych kulturach tradycyjnych przypisywano kobietom pomagającym przy porodzie mądrość, a nawet dostęp do ciemnych sił magii. One stoją u początku życia, widzą splot bólu i nadziei.

Anna Nasiłowska, pisarka, autorka“Traktatu o narodzinach” i “Księgi początku”

 

Moi Mistrzowie

odpowiedź na ankietę
Anna Nasiłowska, opublikowane w: “Kwartalnik Artystyczny” nr 81; 2014/1,

Mój guru
W pierwszym odruchu chciałam zaprzeczyć. Mój mistrz? Mistrzowie? Nie miałam żadnych. Może los mi poskąpił, może charakter zbyt oporny, albo nie potrafiłam być stała w moich wyborach, oddana i wierna. Zawsze mnie ciekawiło zbyt wiele rzeczy, pociągały różne dziedziny, i pisanie wierszy, i proza, i podróże, i humanistyka. Miło by było mieć intelektualnego przewodnika: kogoś, kto lepiej wie, zna drogę, wyczuwa dobrze tkwiący w adepcie potencjał. Podsunie lektury, wytyczy cele, zaplanuje kroki na przyszłość. Oceni. Kto ma mistrza – nie grozi mu intelektualna samotność. Gdy jednak na horyzoncie wyłaniała jakaś wielka, ciekawa postać okazywało się zawsze, że niestety nie mogę, to ja – nie!
Błąd tkwił we mnie, nie w niedostatku mistrzów. Pewnych postaci po prostu bałam się, a moją nieśmiałość uważałam w gruncie rzeczy za cenną i podejrzewałam, że rezygnacja z niej kosztowałaby utratę wrażliwości. Wrażliwość i empatię uważam za warunek mojej pracy. Poza tym nigdy nie byłam specjalnie przebojowa, a niestety o duszę mistrza trzeba walczyć niczym o ukochanego, najpierw pokonać liczną konkurencję, a potem zyskać przychylność i – co jeszcze trudniejsze – utrzymać ją przez długie lata, gdy na horyzoncie wyłaniają się zastępy nowych adeptów. Widziałam wielokrotnie te zabiegi, podchody, próby zwrócenia na siebie uwagi, przysługi drobne i większe, różne działania osaczające, które poprzedzają zasadniczy bój o duszę Mistrza. Widziałam też gorycz a nawet rozpacz, gdy mistrz zwracał się ku nowemu uczniowi. Nie są to mistrzowie buddyjscy, starania o mistrzów to sfera pełna prawdziwych namiętności i walki.
Może wielkie postacie pojawiły się w moim życiu za późno. Na studiach potencjał mistrzowski miał może Sandauer, zwróciłam też na siebie jego uwagę, gdy na seminarium zadawał różne podchwytliwe pytanka, zaznaczał “ale pani Nasiłowska nie mówi”. Wprawiało mnie to w popłoch i zawsze miałam ochotę schować się pod ławkę. Rzeczywiście się go bałam, był impetyczny, gdy się zdenerwował, rzucał gromy niczym gromowładny. Zresztą i tak wkrótce wybuchł stan wojenny, co zasadniczo zmieniło sytuację. Jeśli od kogoś się rzeczywiście czegoś na studiach nauczyłam – to od Janusza Maciejewskiego, który natychmiast po przyznaniu Nobla Czesławowi Miłoszowi uruchomił roczne seminarium poświęcone poecie. Od lat był do tego przygotowany. Skomponowana przez niego i Grochowiaka antologia poezji polskiej była największą krajową prezentacją Miłosza poza wydawnictwami II obiegu.
Wielkie postacie poznałam dopiero po 1982 roku, w epoce doktoratu, w Instytucie Badań Literackich. Głowiński i Sławiński… a z drugiej strony Janion i Przybylski… Janion prowadziła czwartkowe seminaria, miała ścisły krąg wiernych uczniów i większy krąg obserwatorów; ja należałam do tego drugiego. Kilka lat temu, gdy przygotowywano Księgę Janion, dostałam propozycję napisania tekstu. Bardzo mnie to zdziwiło. Ja? Jak to? Przez cztery lata uczestniczyłam w wielkich humanistycznych spektaklach, jakie improwizowała Janion, ale tylko jako widz, zawsze byłam poza pierwszym kręgiem uczniów i bardzo mi odpowiadała rola trochę niewiernego Tomasza, a czasami błazna. Janion miała pewną wspaniałą cechę: zawsze stawiała bardzo ważne pytania i do dramaturgii jej seminariów należało symboliczne składanie odpowiedzialności za rozwiązanie kluczowych kwestii humanistyki na barki kręgu wiernych uczniów. Oni byli jak Kariatydy, jak herosi, dźwigający na sobie odpowiedzialność za świat. Mieli poczucie misji, bez nich – wszystko zawali się.
Mistrzem był mój promotor, Ryszard Przybylski. Każdy, kto czytał jego teksty, choćby był nieczuły na ich urok i argumentację, wie, że Przybylski to Mistrz, gdyż on czaruje czytelnika, obiecuje zdradzić wielkie tajemnice i rzeczywiście, nie zawodzi, roztacza bogaty obraz wielkich starć pięknych, starych idei i marzeń ludzkości. Jednakże w realnym życiu Przybylski nigdy nie miał silnie rozbudzonej potrzeby posiadania uczniów. Może dlatego nie bałam się go. Wiedziałam, że nie będzie ode mnie żądał oddania całej duszy. Bo po co mu ona? Bardzo niechętnie godził się być prowadzić doktoraty i w rezultacie wypromował tylko trzy osoby: Bożenę Mądrą (obecnie Shallcross, profesor w Chicago), mnie i – po wielkiej dyplomacji – Edwarda Bonieckiego.
Nauczyłam się od niego bardzo dużo, choć nie koniecznie tego, czego on chciał mnie nauczyć i nie zawsze mogę stosować się do jego zaleceń. Gdy Mistrzowie stawali się sobą, miejsce humanistyki wydawało się dość stabilne. Było jasne, że jeśli książka jest dobra i ważna, zajmie się nią któreś z ważnych wydawnictw, a potem wszystko potoczy się zwykłym trybem: księgarnie, omówienia i recenzje. Kiedy ja szukałam wydawcy dla mojej pierwszej książki, a był to napisany pod promotorską opieką Przybylskiego doktorat, ten system właśnie przestawał działać. Przybylski nie mógł mi pomóc, PIW był w trakcie reorganizacji, “Czytelnik” zmagał się z kryzysem, a wszyscy drżeli przed perspektywą pełnego urynkowienia i najbliższą przyszłością. Wreszcie, dzięki przychylności profesora Zdzisława Libery, Poezję opisową Stanisława Trembeckiego opublikowało w 1990 roku Ossolineum.
Przybylski miał co do mnie taki plan: zostanę wybitnym historykiem literatury. Ponieważ już przychodząc do niego miałam spory dorobek krytyczny, zakładał, że będę specjalizować się w literaturze XX wieku. Sądził jednak, że aby stać się dobrym historykiem literatury XX wieku potrzebne jest zdobycie dodatkowej specjalizacji w jakiejś dawniejszej epoce. Dawał przykłady uczonych, których prace nie osiągnęły jego zdaniem wybitnego poziomu, gdyż zabrakło w nich zaplecza historycznego w postaci erudycji obejmującej więcej niż jedną epokę. Oświecenie wydawało się ciekawe, gdyż w literaturze tego czasu żywy był duch antyku, a więc jest to przygoda obejmująca wiele wieków i o wyraźnie uniwersalistycznym charakterze; poza tym odpowiadało to moim wewnętrznym skłonnościom jak i zainteresowaniom Przybylskiego, który właśnie ukończył książkę Klasycyzm czyli prawdziwy koniec Królestwa Polskiego. Przybylski nie przewidział i nie mógł przewidzieć jednego: że wraz ze zmianą epoki skończy się zapotrzebowanie na historyków literatury. Gorączkowa krzątanina “teraźniejszości“ pochłonie poczucie tradycji i perspektywę historyczną, nowy czas zapragnie układać wszystko od nowa, dekonstruując stare narracje z ich poczuciem ciągłości.
Jedyne, co ocaleje w tej powodzi zmian, to potrzeby edukacyjne i tu rzeczywiście wyłoniło się wiele zadań do spełnienia. Podjęłam je i spełniałam, jak umiałam, choć zawsze w poczuciu, że pisanie podręczników historycznoliterackich polega na samoograniczeniu się, a nawet osobistym podcinaniu sobie skrzydeł. Dość bolesne zajęcie! I tak trzeba codziennie… Podręcznik musi dokładnie spełnić wymogi serii wydawniczej, liczyć się z barkiem przygotowania i zakładać nawet możliwość braku podstawowej wiedzy u czytelnika, którego nie wolno zasypać zbyt wieloma faktami i skojarzeniami. Nie ma tu miejsca na epatowanie czymkolwiek i nie mogę wzorem Przybylskiego przybrać roli Mistrza, choć dobrze poznałam tajniki tej sztuki. Zaletą konieczną jest jasność stylu i klarowność wykładu, liczy się cierpliwe i taktowne wprowadzanie wiedzy, to wszystko. Żadnych fajerwerków stylistycznych stosować nie wolno. Tak samo – w hasłach encyklopedycznych, których stworzyłam bardzo wiele. Poza tym jest pewna dodatkowa cena, podręczniki po przełomie przestały być traktowane jako ważne osiągnięcia, stały się – zgodnie z nowymi zasadami – drugorzędne, w rubrykach dorobku naukowego zawędrowały do kategorii: popularyzacja, gdyż wzorem nauk ścisłych liczą się tylko odkrycia i nowatorstwo. A w mojej dziedzinie – odkrycia – to co najwyżej archiwalne, a nowatorstwo polega w dużej mierze na burzeniu i wprowadzaniu nowych kategoryzacji. Do momentu wystąpienia profesurę moje trzy podręczniki i hasła nie były żadnymi pozycjami w moim dorobku naukowym. Przy profesurze jakoś się już to zaczęło sumować i wyszło na to, że dorobek mam jednak duży. Jedynym, co przez lata mnie podtrzymywało w tej pracy, było poczucie jej społecznego sensu. Dość abstrakcyjne, przyznajmy. Nałożyłam sobie ten ciężar na barki i w rezultacie to ja stałam się Kariatydą.
Przybylski miał zasady i przekonania, które starał się mi przekazać. Na przykład uważał, że jedynym powodem pisania o jakimś dziele jest jego ranga arcydzieła. Nic niżej arcydzieła nie jest warte wysiłku badacza. A więc na przedmiot rozprawy nadają się: Dante, Shakespeare, Trembecki, Mickiewicz, Słowacki, Mandelsztam, Herbert i Miłosz. I starczy. Gombrowicz się nie łapie, bo jest prześmiewczy, a nie samodzielny, ironiczny i jedynie destrukcyjny. Kłopot był z Pawlikowską – Jasnorzewską: Przybylski przyznawał, że to dobra poezja, ale uważał, że nie da się o niej nic wartościowego napisać. Potrzebowałam dużo czasu i inspiracji krytyki genderowej, aby rozwikłać ten pozorny paradoks w mojej biografii poetki. A co do generalnego założenia, że pisać należy tylko o arcydziełach, to pozostawiając je w mocy byłoby trudno dokonać rzetelnego opisu literatury XX a zwłaszcza XXI wieku: istnieją książki ważne, choć niedobre, utwory dęte lub kiczowate, ale wpływowe oraz bogata literatura drugorzędna, z której można wiele się dowiedzieć. Istnieją też poglądy interesujące, choć niesłuszne, i ten do takich należy. Rzecz według mnie polega na tym, aby nie mieszać porządków, innym trybem mówić o arcydziełach, a innym – o wydarzeniach i innych interesujących tematach składających się na tło historyczne.
Miał też Przybylski cechę, której z reguły pozbawione są wielkie osobowości o zakroju wodzowskim i dominującym: co prawda uczył i przekonywał, ale nie wymagał bezwzględnego stosowania się do zaleceń i nie rozliczał z ich realizacji. A więc nie wymagał ani kopiowania go, ani nawet wierności. Podejrzewam, że jego poczucie bycia Mistrzem ogranicza się w zasadzie do indywidualnej strategii literackiej, stosowanej konsekwentnie w jego eseistyce. W eseistyce – on jest buddyjskim guru. Gdy podczas pracy nad moim doktoratem okazało się, że chodzę własnymi ścieżkami – pozwolił mi na to. Gdy powoływałam się na prace teoretyków, których on ostro zwalczał, kwitował to litościwym: “O, więc da się coś w tym znaleźć użytecznego? Doprawdy…“ Gdy moja interpretacja Sofiówki Trembeckiego okazała się radykalnie odmienna od jego interpretacji – nie skomentował tego ani słowem. W ogóle o tym nie rozmawialiśmy.
Myślę, że wiele się od niego nauczyłam, także w dziedzinie wyborów życiowych. On w pewnym momencie zaczął redukować swoje relacje ze światem. Wypisał się z IBL-u, z wyścigu szczurów, z pokazywania się, z walki o popularność, nagrody i nakłady, nie mówiąc już o takich rzeczach jak pieniądze, zabieganie o które jest niegodne mędrca. Tkwi w swojej wieży, w niewielkim mieszkanku i pozwolił sobie na starość. Komunikuje się ze światem przy pomocy książek pisanych w samotni, z której nic go nie wyciągnie. To jest wbrew czasowi, w którym żyjemy, gdy mówi się, że trzeba być aktywnym do końca a sukces przekuć prędko na pieniądze przy pomocy sprytu. Ale nie można dać się opętać pozorom, jakie stwarza targowisko próżności. To jest mądre: wycofać się. Rozmawialiśmy kiedyś o tym w połowie lat osiemdziesiątych, pamiętam dobrze tę lekcję.
Niestety, oznacza to też, że ja nie mogę o nic zapytać mojego guru i tak jest od wielu lat. Ale to jest normalne. Moje życie artystyczne i naukowe toczy się innymi drogami, w innym czasie. Wydaje mi się, że niewiele ze mnie, z tego kim się stałam, można wyjaśnić, posługując się kluczem Mistrza. Podlegam innej presji, dzieje się to w innym czasie, podejmuję inne wyzwania, jestem kobietą, i, niestety, tylko przez cztery lata mogłam mieć guru, a teraz ciągle gorączkowo szukam na własny rachunek. Dobrze wiem, że z perspektywy samotni w wieży wiele moich działań to doraźne zabiegi, niegodne mędrca. I zbędna utrata energii. Rzadko teraz piszę eseje: ta sztuka, której się uczyłam u Przybylskiego, stała się nieco archaiczna. Piszę powieści i felietony, wiersze i podręczniki, hasła encyklopedyczne i biografie, reportaże i uczone referaty. Za karę nie zostanę guru dla nikogo – za dużo mam twarzy.
Jeśli los pozwoli, kiedyś wycofam się jak on. Wtedy wszystko przemyślę.