Kocham Grecję

Za co kocham Grecję?

Za klimat, historię, krajobraz, światło. Za najpiękniejszy widok na świecie, za jaki uważam świt nad zatoką Kalloni na wyspie Lesbos.

Za zapach kwiatów i ziół w maju na wyspach. Unosi się w powietrzu, to naturalny olejek, nie do rozpoznania, jakie rośliny go rozpylają. Za deszcz, którytylko moczy grzywę konia„, jak mówią na Lesbos. I ten, przed którym nie można się ukryć na Rodos. Przemoczy do suchej nitki, będzie chlupotało w butach, lało się po plecach i żaden płaszcz przed tym nie ochroni.

Za ciągle jeszcze bezpłatne, nie ogrodzone plaże. Można wejść, zamoczyć nogę, popatrzeć na fale, wschód czy zachód słońca. Albo łowić ryby. To może pewnego dnia się skończyć, w związku z kryzysem powstał projekt, żeby sprywatyzować i sprzedać część plaż, bo to przyniosłoby sporo pieniędzy. W 2014 roku podpisałam petycję, żeby plaże pozostały powszechnie dostępne. Była w niej mowa o tym, że powietrze, ziemia i woda należą do ludzi.

Także do zwierząt. To ważne. Kocham Grecję za koty, które są wszędzie i nikt ich nie tępi. Zwierzę ma prawo żyć, a skoro wybrało sobie gdzie, widać jest to dobre miejsce. A więc kot śpi sobie beztrosko na lokalnym lotnisku tuż obok stanowiska ochrony. I choć poddawanie się kontroli nie jest czymś miłym, widać, że robią to bez zbędnej gorliwości i rzeczywiście dlatego, aby chronić. Widziałam kota pływającego statkiem, załoga zadbała, żeby miał miejsce do załatwiania naturalnych potrzeb. Skoro żyjejego prawo. Maskotką uniwersytetu na Rodos był jednooki kot o trzech nogach. Skakał jak zajączek. Dzielny, więc dano mu prawo uczestniczenia we wszystkich wykładach i zajęciach.

Za oliwki, które sadzi się nie dla siebie, ale dla następców. Żeby zaczęły owocować, musi przeminąć pokolenie.

I jeszcze kocham imiona: Arystoteles, Sofokles, Platon, Afrodyta, Fedra. Podobno to wiejski zwyczaj, im ktoś mniej wykształcony, tym bardziej lubi przyznać się do starożytnej tradycji. Ale to piękne, że nawet wieśniacy czują, że to jest ich. Jest i nasze, ale często uważamy, że trzeba się do tego wspinać na palce i drapować specjalnie, jak czynią to różni esteci. A więc Afrodyta nie musi być piękna ani Platonmądry.

I jeszcze kocham Grecję za ludzki wymiar codziennych relacji. Uśmiech. Przyjemność pozdrawiania dnia, bo tyle znaczy powszechne mówienie sobiekalimera„. Za szczerą odpowiedź napotkanego człowieka i brak agresji. Rybacy w porciejeśli potrafią mówić jakimś językiem, który znaszporozmawiają. Wyjaśnią jak łowi się ośmiornice i jak się je oprawia. A nawet jeśli nie znają żadnego obcego języka, pokażą. Mężczyzna, wracający łodzią z połowu na wyspie Symi podsunął ciekawej turystce wiadro wypełnione małymi krewetkami. Oprawiał je, część dla niego i rodziny, część szła dla ryb i jeszcze trochę zostawało dla rudego kota, który zjawił się od razu na nadbrzeżu. Uliczny sprzedawca ryb na Rodos zajeżdża małym wózkiem, zatrzymuje się na ulicy, wyjmuje megafon i obwieszcza, że świeże ryby są do kupienia. Nie ma wszystkich zębów, ale nie żal mu chwili, by specjalnie dla mnie podnieść na chwilę wieko ze styropianowego opakowania. Ryby leżały w lodzie, były srebrne, złowione tego dnia o świcie. A on był zadowolony ze swego zajęcia i uśmiechał się szeroko. Bo to przecież ma sens: łowienie i sprzedawanie ryb, garbowanie skór i prowadzenie małego warsztatu, który wytwarza torby, paski i buty. Ludzie potrzebują jedzenia i butów. To proste i ta prostota jest piękna.

Grecy nie mieli szlachty, wzajemne relacje nie polegają na próbie ustalenia, kto wyższy, kto niższy. Pytanie o hierarchię jest przecież z gruntu fałszywe. W wielu krajach, także w moim, stosunki międzyludzkie są dość skomplikowane. Trudno to jednoznacznie wiązać z kulturą szlachecką, bo nowa demokracja, która nastała po 1989 roku, wcale nie uzdrowiła relacji. Wręcz przeciwnie, wprowadziła nibyhierarchię. Liczy się zwycięstwo w konkurencji i sukces a także jego zewnętrzne przejawy. Kasa, wypasiona bryka, stanowisko. Tu jest to prostsze. Także przybysza traktują równo. Poznałam wielu bardzo biednych ludzi a także bardzo bogatego człowieka. I tylko on był smutny. Może nie czuł się taki jak inni i mu to doskwierało? Był starannie wykształcony, naweterudyta, ale miał smutne oczy, ze wszystkiego co mówił przebijał melancholia. Melancholia jest uczuciem głębokiego smutku z powodu utraty czegoś nieuchwytnego. Co stracił? Beztroskę i zwykłość.

Grecja często nie jest estetyczna. Bałagan, śmietniki, zły gust., wynikający często z biedy. Za estetykę odpowiada tu słońce.

Pisane na lotnisku na Rodos, w oczekiwaniu na samolot, który się spóźnia, 13.05.2015

Reklamy

Władysław Bartoszewski

Władysław Bartoszewski wielokrotnie ostrzegał, że nie jest nieśmiertelny. A to wtrącał, że obiecuje, ale nie na sto procent, bo w jego wieku zgrzeszyłby brakiem przezorności, a to dodawał jeśli dożyję – co nie jest pewne… Wyglądało to na kokieterię, bo obserwując jego energię, pasję, jasność wypowiedzi, podziwiając tempo mówienia i inteligencję – trudno było uwierzyć, że liczy się ze swoim odejściem. W wielu sprawach miał rację, w tej – niestety – też się nie pomylił.
Pasuje do niego to, jak to się stało: że ostatni dzień swojego życia, 24 kwietnia 2015 spędził w pracy. Nie chorował, poczuł się źle po powrocie do domu.
Znałam go z PEN- klubu, ale cóż o nim można by powiedzieć, czego by nie wiedziano powszechnie? Był właśnie taki, jakim się prezentował. W swoich wypowiedziach emocjonalny, pełen pasji, nieobojętny. Niektórzy z trudem znosili, że wciąż mówił „ja”, choć poruszał tematy ogólne, polityczne i historyczne. Dlaczego wciąż to „ja”? On nie mówił z jakiegoś uniwersalistycznego punktu widzenia, ale własnego, czyli politycznego, historycznego, a więc relatywnego. Poza tym prezentował stanowisko zgodne w własnym doświadczeniem, wynikające z jego przeżyć i roli świadka historii: więźnia obozu koncentracyjnego, współpracownika komitetu Żegota, kronikarza wojennej Warszawy, więźnia politycznego, a potem niezależnego intelektualisty.
Dużo tego na jedną biografię. Toteż bardzo mnie onieśmielał, gdy zwracał się do mnie : Droga koleżanko…
W 2013 roku Polski PEN- Klub, współorganizujący konferencję „Writting Freedom” w Krakowie, poprosił Władysława Bartoszewskiego, by zaprezentował się międzynarodowej publiczności. Pomysł był mój, ale to przecież żadna zasługa, raczej oczywistość. Bartoszewski był znany w Niemczech, ale wielu pisarzy z różnych krajów o nim nie słyszało. Jego wypowiedź zrobiła na gościach konferencji niesamowite wrażenie. Z uśmiechem obserwowałam jak międzynarodowy Prezes John Rawlston Saul usiłuje dogonić oddalającego się szybko Bartoszewskiego, aby poprosić go o autograf. Francuski poeta, Silvestre Clancier zauważył to „ja” Bartoszewskiego, jego reakcja trafiła w sedno: gdy on mówi „ja”, nie można mu nic zarzucić. Świadek historii składa relację, wyższe piętra narracji historycznej nadbudowuje się na tym pierwszym akcie dawania świadectwa.
Wtedy na konferencji Bartoszewski złapał mnie „za guzik”. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi, ale on mnie przytrzymał i zaczynając od słów: „droga koleżanko…” wygłosił pochwalę mojej książki „Wolny agent Umeda i druga Japonia”. Powiedział, że nie wyobraża sobie, że można by lepiej wykonać zadanie, jakie stało przede mną jako autorką. Spłoniłam się jak pensjonarka.
Trochę byłam zdziwiona, gdy w jakiś czas później, otrzymałam od Bartoszewskiego list, a właściwie ozdobną kartę. Tam napisał to jeszcze raz. Wiem dlaczego. Historyk. Scripta manent. Zostawia się dokumenty, rozmowa jest zbyt ulotna. Na karcie była reprodukcja obrazu: Eros i Psyche. To znany temat w sztuce, traktowany niezwykle sentymentalnie. Młodzieńczy Eros pochyla się nad piękną Psyche, zachwycony jej urodą. No proszę, autorytet moralny, ale trochę filut!

Co sprawia przyjemność?

Sei Shonagon, japońska dama dworu, żyła w latach 965 – 1024. Za czasów Mieszka Pierwszego i Bolesława Chrobrego.

Pozostały po niej „Zapiski spod wezgłowia”, rodzaj dziennika. Pyta w nim co jest przyjemne? co przerażające? a co eleganckie.

I ja mogę siebie zapytać.

Patrząc wstecz na to, co chce mi się zapisywać, najprzyjemniejsze są rzeczy ulotne a niespodziewane. Przypadkowe rozmowy, które przynoszą coś istotnego. Przypadkowe spotkania. Dni, które nagle wypełnia uśmiech. Czysty dar losu.

Ale jeśli tak, to przyjemność lektury wspaniałej, świeżej książki nie należy do tego najszlachetniejszego gatunku: lekturę trzeba wybrać, zaplanować. I ta przyjemność jedynie naśladuje sprzyjającą lekkość prawdziwej niespodzianki, tej niewykreowanej. Za to, jeśli naśladuje dobrze – jest łatwiej osiągalna. Czeka, trwa. Bo tej życiowej niespodzianki nie da się zaplanować ani sprowokować. Składa się na nią także dobry nastrój, gotowość i czysty traf.

Otello

Ogłoszenia w metrze o psach adopcji. Jedno z nich opisuje tak potencjalnego pupila:…. „lubi ludzi, niestety, nie toleruje dzieci i mężczyzn”.
Napisała kobieta?
Imię psa dobrane słusznie: Otello.
Moja koleżanka widziała na własne oczy ogłoszenie: „Zatrudnię do prac budowlanych 10 mężczyzn nieinteligentnych i mało rozgarniętych”.
Pisał raczej mężczyzna, ale ciekawe, czy się zgłosili?

Widziałam człowieka szczęśliwego

-Widziałam dziś człowieka szczęśliwego. Wyłonił się z zakamarów Pałacu Staszica, mówiąc:
– Rewelacja!
Stosunkowo młody, choć przyprószony nieco siwizną.
– Cudownie!
Oko mu błyszczało, ręce chodziły jak wiatrak.
– Wspaniale!
Jedno skrzydło wiatraka machało kopertą, w drugiej dojrzałam książkę w żółtej okładce.
Na mój pytający wzrok powiedział;
– Książkę właśnie wydałem. Dwa lata czekania, opłacało się!
I oddalił się szybko. Nie jestem pewna: szedł czy leciał.
Ja podreptałam do biblioteki. Czekał tam na mnie zamówiony tomik Janiny Brzostowskiej „Myśli o szczęściu”.
– Ha, to nie może być dobre! – skomentowała pani dokumentalistka. Obie wiemy, że nie nadaje się takich tytułów. To w złym guście.
Otworzyłam na s. 23:
„Myśli o szczęściu/ unikają człowieka/ coraz jawniej” – przeczytałam.
Ale ja widziałam człowieka szczęśliwego! Spotkałam go przed chwilą.
– Ha! Pewnie jego pierwsza książka!
– Na to wyglądało.
– Otworzy na pierwszej lepszej stronie, znajdzie błąd, zafrasuje się! – powiedziała pani dokumentalistka.
Przemawiało przez nią doświadczenie.

Twórcze pisanie dla dzieci

Styczeń 2015; zajęcia z pisania dla dzieci 610 lat w Domu Literatury w Warszawie.

Wymyślamy bohaterów i historie.

Najpierw bohaterowie.

Na przykład Książkojad, Mól Książkowy, Miś Benio.

Pan Ciacho.

Ale jakie Ciacho? Pączek? Pączek z dziurką? Rurka z kremem? Okazuje się, że to jest baba, ustrojona od góry posypką. Chłopiec rysuje uśmiechniętego Pana Ciacho.

I zaczątek historii się już pojawia, bo dziewczynki zastanawiają się, czy Ciacho jest nadgryzione, czy nie.

Pewna dziewczynka lubi jako bohaterów swoich historii rzeczy do jedzenia. Może być Słoik z Dżemem. Pasztet. Kiełbasa.

Powstaje historia o panu profesorze, który wziął do pracy śniadanie, ale jogurt mu uciekł i profesor go szukał.

Był też Pan MasłoExtraMaślane, w formie kostki. Lubił ćwiczenia fizyczne, bo bardzo chciał schudnąć. Uważał, że jest za tłusty. Pakował, topił się, kapały z niego krople

Pojawił się też Prezydent Kotów i jego wielka przygoda. Spotkał Prezydenta Psów.

Królik poszedł do kawiarni. Zamówił krupnik. Kelner przyniósł mu, postawił, a królik skakał, skakał z radości, że aż wskoczył na stolik i wylał wszystko. I taki był tragiczny koniec tej historii.

Inny królik znalazł w trawie mały pieniążek. Przyszedł do kawiarni i zamówił ciasteczko. Kelner postawił mu, królik odwrócił się i wtedy wróbelki wydziobały mu wszystko, tylko kilka okruszków zostało. Zamówił następne. I znowu. Zamówił następnei znowu to się stało. I tak królik zadłużył się aż po same uszy.

Pewnego dnia do PEN Klubu z gniazda jaskółek wypadło ogromne złote jajo. Nie było to jajo jaskółcze, ale zaczarowane. Rosło i błyszczało. Potem zaczęło trzeszczeć i popękało. I wtedy ze złotego jaja wylęgły się trzy koty i jeden pies. Siadły przy biurku i mówią:

Hmmm, penrozumiemy, co to pen!

Dajcie nam długopis!

Będziemy pisać książkę!

A w kawiarni wydarzyła się jeszcze inna przygoda.

Zwierzęta, pies Zima, kot Śnieżynka i Gepard przyszły na ucztę żując gumę balonową. Nie wiedziały, co z niż zrobić, więc przykleiły ją na ścianę. Piły wino. Plotkowały. Fajkę paliły. Pani jako to zobaczyła, to upadła.

A zwierzęta:

Co się stało z tą panią?

Straciła przytomność! – mówi Gepard.

Zwierzęta zawołały pogotowie.

Pani się ocknęła i mówi:

Wino? Guma na ścianie? Należy się sto złotych!

Zwierzęta nie miały i uciekły. Pogotowie przyjechało. I tam był jeden taki sanitariusz. jak on zobaczył tę panią, to zapomniał, że jest w pracy i ma ją ratować i natychmiast się zakochał. I wrócili do domu objęci.

I taki był happy end.